MAŁA AMELIA (AMÉLIE ET LA MÉTAPHYSIQUE DES TUBES), reż. Maïlys Vallade, Liane-Cho Han Jin Kuang, 2025

Pamiętacie „FLOW”? To nie przypadek, że za dystrybucję wchodzącej właśnie do kin „Małej Amelii” odpowiada SO Films. Obie animacje łączy poetycka, wyrafinowana kreska, refleksje z pogranicza filozofii i metafizyki oraz ambicja wykraczania poza ramy kina adresowanego wyłącznie do najmłodszych. Choć nominacja do Oscara w kategorii „Najlepszy film animowany” potwierdza artystyczne aspiracje filmu, jego prawdziwa stawka leży w próbie uchwycenia dzieciństwa jako doświadczenia formującego, w którym zdumienie i niepokój idą w parze z pierwszą potrzebą odkrywania świata.
Oparta na powieści Amélie Nothomb animacja opowiada historię Amelii, małej Belgijki dorastającej w Japonii, która do dwóch i pół roku nie mówi ani nie chodzi. Przełom następuje wraz z wizytą babci z Europy, po której dziewczynka z impetem zaczyna odkrywać świat i zadawać fundamentalne pytania o własną tożsamość. Jej przewodniczką staje się niania, wprowadzająca ją w japońskie legendy, rytuały i wrażliwość, m.in. w czasie święta O-bon. Film splata kulturę Japonii i Belgii w poetycką opowieść o dziecięcym zachwycie, poznawaniu świata i pierwszych próbach jego zrozumienia.
Film świadomie rezygnuje z widowiskowości na rzecz subtelnej, poetyckiej animacji, która nie narzuca znaczeń, lecz buduje nastrój i przestrzeń dla introspekcji. Miękka linia, stonowana paleta barw i płynne przejścia między realizmem a metaforą sprawiają, że świat przedstawiony funkcjonuje na granicy obserwacji i wyobrażeń. Taka estetyka okazuje się trafnym narzędziem adaptacji literackiego pierwowzoru, pozwalając oddać jego rytm i emocjonalną strukturę bez dosłownego ilustrowania tekstu. Animacja staje się tu pełnoprawnym językiem opowieści, zdolnym wizualizować stany emocjonalne i dziecięce fantazje, które w prozie pozostają jedynie zasugerowane.
Film wykorzystuje dziecięcą perspektywę jako punkt wyjścia do refleksji nad sprawami znacznie poważniejszymi, niż mogłaby sugerować jego forma. Pytania o istnienie, tożsamość, cielesność czy relację z innymi ludźmi wyłaniają się naturalnie z obserwacji i dziecięcej logiki, bez dydaktyzmu i protekcjonalnych uproszczeń. Dzięki temu opowieść pozostaje jednocześnie przystępna i wieloznaczna, oferując różne poziomy odbioru w zależności od doświadczenia widza. Dla młodszych może być historią odkrywania świata, dla dorosłych – refleksją nad pamięcią, dzieciństwem i utratą poczucia absolutnej pewności.
Intymny, autobiograficzny charakter opowieści sprawia, że film zyskuje autentyczność, ale jednocześnie może wydawać się hermetyczny dla widza niegotowego podążać za jego subiektywną logiką. Ta zamkniętość przekłada się również na problem z jednoznacznym określeniem adresata – forma kojarzona z kinem dziecięcym zderza się tu z refleksyjnością i abstrakcyjnością tematów. Skupienie na wewnętrznych przeżyciach bohaterki skutkuje powściągliwością dramaturgiczną, w której konflikt i napięcie ustępują miejsca kontemplacji. W efekcie emocje są raczej sugerowane niż intensywnie przeżywane, co może utrudniać pełne emocjonalne zanurzenie się w tej historii.
„Mała Amelia” to animacja subtelna i refleksyjna, która zachwyca formą oraz wrażliwością. To kino bardziej do przeżywania niż śledzenia, świadomie rezygnujące z dramaturgii wydarzeń na rzecz intymnej, filozoficznej obserwacji. Ode mnie 7/10 – to seans, który pozwala na chwilę wrócić do dziecięcej perspektywy i na nowo poczuć smak dzieciństwa.


