HISTORIE RÓWNOLEGŁE (HISTOIRES PARALLÈLES), reż. Asghar Farhadi, 2026

WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD SPOJRZENIA PRZEZ OKNO
Sylvie (fenomenalna Isabelle Huppert), pisarka mieszkająca w Paryżu, zaczyna obserwować z okna troje ludzi pracujących w studiu dźwiękowym naprzeciwko. Nie zna ich, więc na podstawie kilku gestów i sytuacji dopowiada sobie ich życie, tworząc historię miłosnego trójkąta i wykorzystując ją jako materiał do kolejnej książki. Do jej mieszkania trafia tymczasem Adam (świetny Adam Bessa), zatrudniony do pomocy w codziennych obowiązkach. Mężczyzna przypadkiem odkrywa rękopis Sylvie, fascynuje się opisaną w nim historią i postanawia skonfrontować ją z jej prawdziwymi „bohaterami”. I właśnie wtedy granica między tym, co Sylvie zobaczyła, tym, co sobie wyobraziła, a tym, co wydarzyło się naprawdę, zaczyna niebezpiecznie się zacierać…
ILE TAK NAPRAWDĘ WIEMY O INNYCH?
„Historie równoległe” to intrygujące kino o ludzkich obsesjach, podglądactwie i potrzebie dopowiadania sobie cudzych historii. Najciekawsze jest tu pytanie o to, ile naprawdę wiemy o ludziach, których obserwujemy. Widzimy zaledwie fragment czyjegoś życia – kilka gestów i zachowań – a resztę uzupełniamy własnymi domysłami, doświadczeniami i uprzedzeniami. Farhadi pokazuje, jak łatwo pomylić obserwację z wiedzą o drugim człowieku i jak szybko nasze wyobrażenia mogą zacząć funkcjonować jak fakty. Bo między tym, co widzimy, a tym, co wydaje nam się, że wiemy, potrafi zmieścić się cała opowieść.
A CO, KIEDY FIKCJA ZACZYNA ZMIENIAĆ RZECZYWISTOŚĆ?
Farhadi idzie jednak o krok dalej i pyta o odpowiedzialność twórcy za historie, które opowiada. Czy cudze życie może być po prostu materiałem dla fikcji i gdzie przebiega granica między inspiracją a zawłaszczeniem czyjejś historii? Film stawia też inne, przewrotne pytanie: czy to, co wymyślone, nie bywa dla nas bardziej atrakcyjne niż prawda? „Historie równoległe” pokazują, że fikcja przestaje być niewinna, kiedy zaczyna wpływać na życie ludzi, z którego czerpie. Bo opowieść, raz wypuszczona w świat, nie zawsze pozostaje pod kontrolą swojego autora.
A GDZIE W TYM WSZYSTKIM KIEŚLOWSKI?
Punktem wyjścia dla Farhadiego jest „Dekalog VI”, rozwinięty później w „Krótki film o miłości” – stąd motyw podglądania cudzego życia i budowania wyobrażeń o obserwowanej osobie. Irański reżyser nie tworzy jednak klasycznego remake’u, lecz rozwija pomysł Kieślowskiego, przenosząc ciężar z obsesji podglądającego na granice między obserwacją, wyobraźnią i fikcją. W filmie można odnaleźć również echa innych dzieł Kieślowskiego, m.in. „Krótkiego filmu o zabijaniu” czy „Podwójnego życia Weroniki”, a dodatkowym pomostem między oboma twórcami jest muzyka Zbigniewa Preisnera. Farhadi nie próbuje więc zostać drugim Kieślowskim – wykorzystuje jego kino jako punkt wyjścia do opowiedzenia historii na własnych zasadach.
TYLKO CZY TO WSZYSTKO MUSIAŁO TRWAĆ AŻ 139 MINUT?
Krytycy nie zostawili na „Historiach równoległych” suchej nitki, ale ja będę dla Farhadiego znacznie łaskawszy. To ambitne, wielowarstwowe kino, które ma sporo do powiedzenia – choć nie wszystkie pomysły wybrzmiewają tu równie dobrze. Farhadi niepotrzebnie mnoży wątki, zwroty i kolejne poziomy narracji, przez co misternie skonstruowana układanka zaczyna momentami uginać się pod własnym ciężarem, a film wyraźnie traci tempo. Paradoksalnie opowieść o tym, jak wiele potrafimy sobie dopowiedzieć, sama dopowiada zdecydowanie za dużo – i przy 139 minutach odrobina prostoty oraz powściągliwości wyszłaby jej tylko na dobre.
NIE WSZYSTKO TU DZIAŁA. ALE JEST O CZYM MYŚLEĆ
Mimo swoich wad „Historie równoległe” pozostają inteligentną i przewrotną zabawą z prawdą, fikcją i siłą ludzkiej wyobraźni. Farhadi nie dorównuje precyzji Kieślowskiego, ale potrafi wykorzystać jego pomysł do postawienia własnych pytań – o to, jak tworzymy historie o innych i jak łatwo sami zaczynamy w nie wierzyć. Nie wszystkie elementy tej układanki do siebie pasują, ale jest tu wystarczająco dużo świetnych pomysłów, żeby po seansie jeszcze przez chwilę układać je sobie w głowie. Ode mnie mocne 7/10.


