5 POWODÓW, PRZEZ KTÓRE NIE MOGĘ PRZESTAĆ MYŚLEĆ O „ODYSEI”

„Odyseja” to jeden z tych filmów, których nie zostawia się w kinie. Jeszcze długo po napisach końcowych wraca w obrazach, muzyce i pytaniach, które nie dają spokoju. Dlatego zamiast klasycznej recenzji przygotowałem 5 powodów, przez które nie mogę przestać myśleć o najnowszym filmie Christophera Nolana. I nie, nie znajdziecie wśród nich banałów w rodzaju „świetnej fabuły”, „doskonałej obsady” czy „znakomitej realizacji”. Choć umówmy się – Anne Hathaway i Robert Pattinson są tu fenomenalni, a od strony technicznej Nolan znów gra we własnej lidze!
I uprzedzając pytania – nie, to nie jest post sponsorowany. Ani Nolan, ani nikt z jego ekipy nie zapłacił mi za to, że ten film tak bardzo mi się spodobał 🙂
1. Bo dawno żaden film tak bardzo nie spolaryzował widzów.
Jeszcze przed premierą „Odyseja” stała się polem ideologicznej bitwy. Jedni bronili decyzji obsadowych Nolana, inni krytykowali udział Lupity Nyong’o czy Elliota Page’a, zarzucając twórcom odejście od tradycyjnych wyobrażeń bohaterów. W efekcie wielu widzów wyrobiło sobie opinię o filmie, zanim zobaczyło choć jedną scenę, a w serwisach z ocenami pojawiły się skrajne noty wystawiane jeszcze przed seansem. To doskonały przykład popkulturowej polaryzacji. Coraz częściej oceniamy nie samo dzieło, lecz to, co – naszym zdaniem – reprezentuje. To szokujące, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki dziś rozmawiamy o kinie.
2. Bo to wojenny epos z antywojennym przesłaniem.
Nolan wykorzystuje starożytny mit nie po to, by opowiedzieć historię sprzed tysięcy lat, lecz by pokazać mechanizmy, które wciąż rządzą światem. Wojna, propaganda, żądza władzy i cena podejmowanych decyzji okazują się zaskakująco współczesne. Reżyser nie celebruje heroicznych zwycięstw ani militarnych triumfów – znacznie bardziej interesuje go to, co dzieje się z człowiekiem, gdy milkną miecze. To opowieść o tym, że najtrudniejsza walka często zaczyna się dopiero po zakończeniu wojny.
3. Bo każe spojrzeć na bohatera z niewygodnej perspektywy.
Odyseusz nie jest tu nieskazitelnym herosem ani pomnikiem odwagi. To człowiek, który potrafi wykazać się wielką szlachetnością, ale jednocześnie podejmuje decyzje pozostawiające moralne blizny – zarówno na innych, jak i na sobie. Im dłużej trwa jego podróż, tym trudniej jednoznacznie go podziwiać lub potępiać. Nolan przypomina, że najciekawsi bohaterowie to ci, którzy nieustannie zmuszają nas do zadawania sobie pytania: „A czy ja postąpiłbym lepiej?”.
4. Bo pokazuje, że historia zawsze zależy od tego, kto ją opowiada.
Ta sama wojna i ci sami bohaterowie wyglądają zupełnie inaczej, gdy spojrzymy na nich z różnych perspektyw. Nolan podważa przekonanie, że istnieje jedna, obiektywna wersja wydarzeń, przypominając, że każda legenda została kiedyś opowiedziana przez konkretnego człowieka. Dzięki temu „Odyseja” staje się nie tylko adaptacją klasycznego mitu, ale także refleksją nad tym, jak rodzą się legendy i dlaczego z czasem zaczynamy traktować je jak prawdę. To film, który przypomina, że nawet najbardziej utrwalone narracje warto od czasu do czasu zakwestionować.
5. Bo to widowisko, które trzeba przede wszystkim poczuć.
„Odyseja” imponuje rozmachem, ale jeszcze bardziej emocjami. Nolan z niezwykłą swobodą łączy kino przygodowe, wojenne, fantasy, a chwilami nawet body horror, czego najlepszymi przykładami są sceny z Cyklopem i z Kirke (obłędna rola Samanthy Morton!). Niemal malarska, lekko wyblakła paleta barw oraz hipnotyzująca muzyka Ludwiga Göranssona sprawiają, że film bardziej się przeżywa, niż ogląda. To widowisko, które nie chce imponować. Ono chce zostać pod skórą. I to właśnie robi. Ja od kilku dni wciąż zasypiam z muzyką Göranssona w uszach.
A jak jest u Was? Czy „Odyseja” również nie daje Wam spokoju? A może… zupełnie nie rozumiecie zachwytów nad tym filmem? Czy za 20 lat „Odyseja” będzie wymieniana obok „Gladiatora” i „Władcy Pierścieni”, czy okaże się tylko chwilowym fenomenem? Dajcie znać w komentarzach, co myślicie. Jestem bardzo ciekaw Waszej opinii.


