WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE

Marzec 2026. Doskonale pamiętam moją ostatnią rozmowę z Mateuszem Dymidziukiem. Podczas przypadkowego spotkania na jednym z branżowych wydarzeń rozmawialiśmy o kondycji polskiego kina, zachwycaliśmy się wrażliwością twórców „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, wymienialiśmy uwagi o nadchodzących premierach, a Mateusz opowiadał o swoich doświadczeniach castingowych. W pewnym momencie zapytałem go wprost, kiedy w końcu zobaczę go w prawdziwie dramatycznej roli. Najpierw opowiedział o swoich aktorskich marzeniach i aspiracjach, a potem tajemniczo wspomniał, że walczy o projekt, który pozwoli mu pokazać się publiczności z zupełnie innej strony. Zbiliśmy piątki, obiecałem trzymać kciuki i obserwować rozwój wydarzeń.
Dziś już wiem, o jakim projekcie wtedy myślał.
„Wszystko, co najlepsze”, oparte na tekście Duncana Macmillana i Jonny’ego Donahoe, to spektakl opowiadający o człowieku, który od dzieciństwa tworzy listę rzeczy, dla których warto żyć. Z pozoru brzmi to niewinnie, jednak za tym prostym pomysłem kryje się historia dotykająca tematów depresji, samotności, miłości, straty i prób odnalezienia sensu w świecie, który nie zawsze jest dla nas łaskawy. To opowieść o życiowych kryzysach, ale także o nadziei i umiejętności dostrzegania dobra tam, gdzie na pierwszy rzut oka trudno je zauważyć.
Kupując bilet i zachęcając do tego znajomych, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Mam to szczęście, że nigdy nie zmagałem się z depresją, ale znam wiele osób walczących ze swoimi demonami. Sam również kilka razy w życiu doświadczyłem momentów, które potocznie określamy mianem „doła”. Piszę o tym dlatego, że „Wszystko, co najlepsze” jest spektaklem, który każdy odbierze nieco inaczej – przez pryzmat własnych doświadczeń, wspomnień i emocji. Mimo że porusza niezwykle trudne kwestie, pozostaje mocno zakorzeniony w codzienności. To właśnie dlatego tak łatwo wejść w tę historię i odnaleźć w niej cząstkę samego siebie.
Nie zdradzę szczegółów fabuły, bo odebrałbym przyszłym widzom sporą część przyjemności z odkrywania tego przedstawienia. Muszę jednak wspomnieć o jego formie, ponieważ to ona w ogromnym stopniu decyduje o sile oddziaływania spektaklu. „Wszystko, co najlepsze” jest przedstawieniem immersyjnym i interaktywnym. Twórcy świadomie rezygnują z bezpiecznego dystansu pomiędzy sceną a widownią. Publiczność siedzi wokół sceny, a niektórzy widzowie zostają zaproszeni do odegrania drobnych ról w opowiadanej historii. Nie ma tu jednak miejsca na zawstydzanie kogokolwiek czy wymuszanie aktywności. Wszystko odbywa się naturalnie, z dużym wyczuciem i życzliwością. Dzięki temu widzowie nie tylko obserwują wydarzenia, ale stają się ich częścią. W efekcie emocje wybrzmiewają znacznie mocniej niż w tradycyjnym teatrze. Ogromna w tym zasługa Julii Groszek, której udało się stworzyć spektakl niezwykle prosty w formie, a jednocześnie wyjątkowo skuteczny emocjonalnie. To jedno z tych przedstawień, które trudno nazwać wyłącznie spektaklem. Bardziej przypomina przeżycie, które zostaje z widzem jeszcze długo po opuszczeniu sali.
Największe brawa należą się jednak Mateuszowi Dymidziukowi. Monodram jest według mnie jednym z najtrudniejszych aktorskich wyzwań – jedna osoba musi przez kilkadziesiąt minut utrzymać uwagę publiczności, wypełnić scenę swoją obecnością, kontrolować rytm opowieści i nieustannie angażować widzów. W przypadku „Wszystko, co najlepsze” poziom trudności jest jeszcze większy, ponieważ przedstawienie w dużej mierze opiera się na improwizacji oraz reakcjach publiczności. Dymidziuk radzi sobie z tym zadaniem znakomicie. Tworzy postać zwyczajnego człowieka – kogoś, kogo można spotkać każdego dnia, a jednocześnie kogoś, komu od pierwszych minut zaczyna się kibicować. Z ogromną swobodą prowadzi widzów przez kolejne etapy historii, błyskawicznie nawiązuje kontakt z publicznością i ani na moment nie traci kontroli nad spektaklem. Jego gra jest naturalna, pozbawiona fałszu i emocjonalnej przesady. Tak, Mati, udało Ci się. W takiej odsłonie jeszcze Cię nie widziałem – i właśnie na taką odsłonę czekałem.
Największą siłą „Wszystko, co najlepsze” pozostaje jednak sposób, w jaki mówi o sprawach trudnych. Spektakl nie ucieka od tematów zdrowia psychicznego, depresji czy samotności, ale jednocześnie nie przytłacza widza ciężarem tych zagadnień. Jest tu miejsce na wzruszenie, refleksję, a także na autentyczny śmiech. Humor nie służy bagatelizowaniu problemów, lecz pomaga oswoić je i uczynić bardziej zrozumiałymi.
W czasach, gdy rozmowa o zdrowiu psychicznym wciąż bywa dla wielu osób trudna, takie spektakle wydają się szczególnie potrzebne. Tym bardziej że za statystykami kryją się konkretni ludzie – nasi bliscy, znajomi, współpracownicy. W Polsce każdego dnia życie odbiera sobie średnio trzynaście osób, około jedenastu z nich to mężczyźni. Być może dlatego przesłanie tej historii wybrzmiewa tak mocno. „Wszystko, co najlepsze” przypomina, że o emocjach warto rozmawiać, a proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości. Panowie, nie bójmy się mówić o tym, co nas boli. Normalizujmy rozmowy o zdrowiu psychicznym, zanim milczenie stanie się problemem większym niż sam kryzys.
„Wszystko, co najlepsze” to teatr, który wzrusza, rozśmiesza i zostawia widza z czymś znacznie cenniejszym niż chwilowe emocje. To przypomnienie, że nawet w najtrudniejszych momentach warto szukać własnej listy rzeczy, dla których chce się wstać następnego dnia z łóżka. Spektakl można oglądać w warszawskim Teatrze Druga Strefa. Dziś ostatni z letnich pokazów, a zatem zachęcam Was do zapisania tej recenzji i nadrobienia spektaklu przy najbliższej okazji, już we wrześniu. Naprawdę warto.
TU ZNAJDZIESZ POMOC:
116 123 – Kryzysowy Telefon Zaufania dla Dorosłych (24h, 7 dni w tygodniu, bezpłatny)
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym (24h, 7 dni w tygodniu, bezpłatny)
116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży (24h, 7 dni w tygodniu, bezpłatny)
22 594 91 00 – Antydepresyjny Telefon Zaufania Fundacji ITAKA (środy i czwartki 17:00 – 19:00)


