OŁOWIANE DZIECI, miniserial

To nie przypadek, że gdy ktoś pyta mnie o polskie kino wysokojakościowe, wśród osób, które natychmiast pojawiają się w mojej głowie, jest Maciej Pieprzyca. To twórca, który nigdy mnie nie rozczarował i do którego filmów („Chce się żyć”, „Jestem mordercą”) regularnie wracam. Nie inaczej jest w przypadku „Ołowianych dzieci”, nowego polskiego miniserialu Netfliksa, za którego reżyserię odpowiada Pieprzyca. Nie znałem tej historii, a porwała mnie na tyle, że pochłonąłem wszystkie sześć odcinków za jednym razem. I mogę śmiało powiedzieć: znów mamy do czynienia z hitem.
Serial opowiada historię młodej lekarki, Jolanty Wadowskiej-Król (Joanna Kulig), która zauważa, że dzieci mieszkające w okolicy Huty Szopienice masowo zapadają na ołowicę – chorobę wywołaną zatruciem metalami ciężkimi. Po tym odkryciu bohaterka podejmuje walkę o zdrowie najmłodszych, mierząc się jednocześnie z opresyjnym, komunistycznym aparatem państwowym. Serial przenosi widownię w industrialne realia Górnego Śląska lat 70., zdominowane przez przemysł i systemowe milczenie. To właśnie w tej przestrzeni rozgrywa się dramat jednostki próbującej przeciwstawić się mechanizmom władzy.
To serial, który świadomie rezygnuje z efekciarstwa na rzecz cierpliwego, konsekwentnego opowiadania historii. Jednym z jego największych atutów jest samo sięgnięcie po temat skażenia ołowiem na Śląsku i jego dramatycznych skutków zdrowotnych dla dzieci – historię realną, a jednocześnie przez lata niemal nieobecną w polskiej popkulturze i wypchniętą z oficjalnej narracji o sukcesach przemysłowego PRL-u. Serial działa więc nie tylko jako dramat obyczajowy, lecz także jako gest przywracania pamięci o systemowej krzywdzie, którą łatwo było zamieść pod dywan. Zamiast thrillera czy kryminału otrzymujemy obraz powolnego, bezdusznego mechanizmu, w którym odpowiedzialność rozmywa się pomiędzy instytucjami, decyzjami „z góry” i lokalnym oportunizmem. Brak jednoznacznego antagonisty okazuje się tu zaletą – system jawi się jako abstrakcyjny, nieludzki organizm, wobec którego jednostka pozostaje bezradna.
Na szczególne uznanie zasługuje dbałość o odwzorowanie realiów epoki – warstwa wizualna i scenograficzna pozostaje brudna, przygaszona i całkowicie pozbawiona nostalgii. „Ołowiane dzieci” pokazują Śląsk nie jako pocztówkę ani folklorystyczny dodatek, lecz przestrzeń realnie skażoną: fizycznie, społecznie i psychicznie. Twórcy konsekwentnie operują detalem – od architektury i wnętrz, po kostiumy i język – co wyraźnie wzmacnia poczucie autentyczności. Dzięki temu historia nie sprawia wrażenia „dopasowanej” do epoki, lecz wydaje się z niej organicznie wyrastać.
Motorem napędowym serialu jest bez wątpienia fenomenalna rola Joanny Kulig, już teraz określanej mianem „Matki Boskiej Szopienickiej” czy polskiej Erin Brockovich. Aktorka znakomicie odnajduje się w roli „jedynej sprawiedliwej” i trudno wyobrazić sobie w tej roli kogokolwiek innego. To serial, w którym nie ma źle obsadzonych ról – na drugim planie pojawiają się zarówno rozpoznawalne nazwiska (m.in. Agata Kulesza, Marian Dziędziel, Kinga Preis, Michał Żurawski), jak i plejada śląskich aktorów, którzy nadają historii dodatkowej autentyczności. Ten lokalny rys wzmacnia wiarygodność świata przedstawionego i sprawia, że opowieść mocniej zakorzenia się w konkretnym miejscu i doświadczeniu. Nieco szkoda jedynie, że część postaci drugoplanowych reprezentujących władzę, administrację i przemysł bywa sprowadzona do funkcji symbolicznych – zabieg ten wzmacnia obraz systemowej opresji, ale jednocześnie spłaszcza dramat relacji międzyludzkich.
„Ołowiane dzieci” to serial dojrzały, uczciwy i potrzebny, bo przypomina o historiach, które zbyt łatwo wypadają z obiegu zbiorowej świadomości. Nie idealizuje rzeczywistości, ale też nie popada w beznadzieję, proponując raczej opowieść o sensie sprzeciwu. I choć mam poczucie, że całą historię można by było opowiedzieć w czterech odcinkach, nie żałuję czasu poświęconego na seans. Ode mnie mocne 8/10.


