WIELKI MARTY (MARTY SUPREME), reż. Josh Safdie, 2025

Jestem jednym z tych widzów, którzy nie rozumieją zachwytów nad „Nieoszlifowanymi diamentami” – film okazał się dla mnie doświadczeniem bardziej męczącym niż ekscytującym, mimo sympatii do neonowej estetyki i synth-popu. Hałas, chaos i aktorska energia Adama Sandlera skutecznie mnie odrzuciły, choć nie wykluczam, że być może po prostu miałem „gorszy dzień” i przy kolejnym seansie dostrzegę w nim więcej zalet. Z tego powodu na „Wielkiego Marty’ego” czekałem przede wszystkim ze względu na pierwszoplanową rolę Timothée Chalameta, a kreatywna kampania promocyjna tylko wzmocniła moje zainteresowanie. I choć zgadzam się z entuzjastycznymi opiniami krytyków, że to film udany i bardzo rozrywkowy, muszę uczciwie przyznać, że nadal nie jestem bezwarunkowym fanem stylu Safdiego, a w moim osobistym rankingu „Hamnet” pozostaje poza konkurencją.

Obraz śledzi drogę Marty’ego (Timothée Chalamet), charyzmatycznego i bezkompromisowego tenisisty stołowego, który podporządkowuje całe życie jednemu celowi: nieustannemu zwyciężaniu. Kolejne treningi, pojedynki i awanse układają się w serię powtarzalnych rund, w których każdy sukces natychmiast rodzi potrzebę następnego, jeszcze większego triumfu. Z czasem pragnienie bycia gwiazdą popycha Marty’ego do naginania zasad, wchodzenia w ryzykowne sojusze i instrumentalnego traktowania ludzi, których spotyka na swojej drodze. Rosnąca presja i obsesja wielkości sprawiają, że bohater coraz bardziej odcina się od świata, zamykając się w ciasnej logice rywalizacji.

Osobiście mam problem z jednoznacznym określaniem „Wielkiego Marty’ego” mianem filmu sportowego – to raczej oryginalny komediodramat o obsesji zwycięstwa, która z obietnicy samorealizacji szybko przeobraża się w siłę niszczącą wszystko, co nie mieści się w logice rywalizacji. Safdie wchodzi w krytyczny dialog z amerykańskim mitem „self-made mana”, pokazując ambicję jako mechanizm wypierający relacje, empatię i autorefleksję, a sukces nie jako spełnienie, lecz stan permanentnego napięcia i lęku przed utratą pozycji. Portretowany tu model męskości opiera się na dominacji, sile i nieustannym porównywaniu się z innymi, spychając emocje i potrzebę bliskości na margines. W świecie nieustannej konkurencji zwycięstwo nigdy nie jest finałem, a jedynie krótkim przystankiem.

Safdie potwierdza tu swój charakterystyczny styl – warstwa formalna filmu konsekwentnie podporządkowana jest doświadczeniu presji i niepokoju. Nerwowa kamera, ciasne kadry i intensywny montaż sprawiają, że rywalizacja zaczyna przypominać walkę o przetrwanie, a nie sportowe współzawodnictwo. Film niemal nie daje wytchnienia, utrzymując tempo, które z jednej strony wciąga, z drugiej celowo męczy – dokładnie tak, jak męczy bohatera jego własna ambicja. Surowa scenografia oraz cielesność wysiłku – pot, ból, zmęczenie – nadają całości wyraźny ciężar fizyczny, daleki od efektownej stylizacji.

Największą siłą filmu pozostaje centralna kreacja aktorska Timothée Chalameta, wokół której zbudowana jest cała narracja – postać jednocześnie fascynująca i trudna do polubienia. Bohater działa jak żywy motor opowieści, balansując między charyzmą a autodestrukcją, co sprawia, że widz mimowolnie zaczyna mu kibicować, nawet gdy kolejne decyzje moralnie odpychają. To kolejna rola, która eksponuje ogromny talent aktora –  nie mam właściwie żadnych wątpliwości co do tego, że Timmy zmierza prosto po Oscara. Warto odnotować, że film gromadzi również wyrazistą obsadę drugoplanową – m.in. Odessę A’zion, Abela Ferrarę czy Tylera, the Creatora – których ekranowa obecność jest na tyle intrygująca, że szkoda, iż w dużej mierze pozostaje jedynie tłem dla protagonisty.

„Wielki Marty” okazuje się jednym z najbardziej niejednoznacznych filmów w dorobku Josha Safdiego – intensywnym, bezwzględnym portretem ambicji, który fascynuje nawet wtedy, gdy celowo męczy i odpycha. To kino napędzane wybitną rolą Timothée’go Chalameta, formalną konsekwencją i klarowną myślą przewodnią, choć niepozbawione ograniczeń wynikających z zawężonej perspektywy. Ode mnie 8,5/10.