WIELKA WARSZAWSKA, reż. Bartłomiej Ignaciuk, 2025

Ciekawa historia z tą „Wielką Warszawską”. Scenariusz filmu powstał jeszcze w latach 80. i wyszedł spod ręki Jana Purzyckiego, autora takich klasyków jak „Wielki Szu” czy „Piłkarski poker”. Wchodząca do kin w ten piątek „Wielka Warszawska” stanowi więc domknięcie tej swoistej „hazardowej trylogii” — co znamienne, realizowane dopiero pięć lat po śmierci scenarzysty. Adaptacji tekstu oraz reżyserii obrazu podjął się Bartłomiej Ignaciuk i już na wstępie mogę zdradzić, że efekt jest co najmniej interesujący. Choć film nie jest wolny od wad (o których piszę dalej), pozostaje solidnym kinem z pogranicza dramatu i filmu sensacyjnego.

To opowieść o młodym dżokeju, Krzyśku (Tomasz Ziętek), marzącym o sportowej karierze, której zwieńczeniem ma być udział w najważniejszej gonitwie w kraju – Wielkiej Warszawskiej. Wkraczając w świat wyścigów konnych z naiwnością debiutanta, szybko odkrywa, że rządzą nim układy, wielkie pieniądze i cyniczne manipulowanie wynikami. Mimo to bohater wierzy, że możliwa jest zmiana, zwłaszcza w momencie historycznego przełomu, gdy upadek komuny budzi nadzieję na bardziej uczciwą przyszłość. Zderzenie z korupcją i bezwzględną logiką interesów wystawia jego ideały na ciężką próbę, zmuszając go do odpowiedzi na pytanie, jak wiele jest gotów poświęcić, by pozostać bez skazy.

Opis dystrybutora w pełni pokrywa się z tym, co faktycznie oglądamy na ekranie — „Wielka Warszawska” jest powrotem do świata hazardu i przekrętów, dobrze znanego z wcześniej przywoływanych tytułów. To bardzo sprawnie zrealizowana produkcja, która szczególnie przypadnie do gustu widzom odczuwającym sentyment do lat 90. Okres transformacji ustrojowej, wyjątkowo burzliwy i pełen sprzeczności, daje twórcom szerokie pole do popisu i zostaje tu wykorzystany bez większych potknięć. Świadczą o tym nie tylko znakomite stylizacje aktorów i dopracowana scenografia, ale również barwne dialogi, z których można wiele wyczytać o realiach i nastrojach tamtych czasów.

Warto jednak uczciwie zaznaczyć, że choć akcja filmu osadzona jest w środowisku wyścigów konnych, „Wielka Warszawska” nie jest w istocie filmem o samych wyścigach. Z tego powodu sekwencje gonitw nie budzą takich emocji, jakich można by było oczekiwać, pełniąc raczej funkcję tła dla opowieści o mechanizmach władzy i korupcji. Zupełnie inaczej działa natomiast warstwa muzyczna, na którą — jako fan muzyki filmowej — od razu zwróciłem uwagę. Ścieżka dźwiękowa autorstwa duetu Jan Komar i Bartłomiej Tyciński jest znakomita i stanowi integralny element narracji, momentami wręcz ją napędzając i nadając całości odpowiednie tempo. To jeden z tych przypadków, w których muzyka nie tylko ilustruje wydarzenia, ale realnie popycha fabułę do przodu i wzmacnia dramaturgię scen.

Na ekranie pojawia się plejada znanych nazwisk polskiego kina, a na pierwszym planie błyszczy Tomasz Ziętek, który w roli młodego, pełnego ideałów dżokeja tworzy jedną z najlepszych kreacji w swojej dotychczasowej karierze. Towarzyszą mu m.in. Tomasz Kot, Andrzej Konopka, Marcin Bosak i Ireneusz Czop — wszyscy wypadają bardzo solidnie, choć to dwaj ostatni szczególnie zapadają w pamięć. Znacznie gorzej potraktowane zostały role kobiece, ograniczone właściwie do dwóch postaci. Choć Agnieszka Żulewska i Mary Pawłowska grają bez zarzutu, ich bohaterki niewiele wnoszą do fabuły. Można to tłumaczyć duchem epoki — w wielu filmach lat 90. to mężczyźni zajmowali centralne miejsce, a role kobiet bywały jedynie estetycznym dodatkiem — jednak adaptując tekst, aż prosiło się o pogłębienie postaci Ewy i Ireny. Szkoda, bo rozwinięcie tych ról pozwoliłoby aktorkom w pełni zaprezentować w pełni swój potencjał.

„Wielka Warszawska” to solidnie zrealizowane kino, które sprawnie łączy dramat z sensacyjną opowieścią o ambicji, korupcji i cenie marzeń w realiach ustrojowego przełomu. Choć film nie wykorzystuje w pełni potencjału niektórych wątków i postaci, nadrabia klimatem, aktorstwem i znakomitą warstwą muzyczną. Ode mnie 7/10, polecam.