DOM DOBRY, reż. Wojciech Smarzowski, 2025

Z kinem Smarzowskiego tak już jest, że trzeba je później odchorować i przepracować. To pewnie dlatego nigdy nie odważyłem się wrócić do „Róży”, „Wołynia” czy „Pod Mocnym Aniołem”, choć każdy z tych filmów oceniłem na 9/10. „Dom dobry” obejrzałem w dniu premiery, ponad dwa tygodnie temu, a jednak wciąż nie potrafiłem usiąść i spisać tego, co kotłowało mi się w głowie po seansie. Nie dziwi mnie, że film podzielił krytyków i widzów, ani to, że zobaczyło go już w kinach ponad 1,2 mln osób. Poniżej znajdziecie kilka moich luźnych przemyśleń – to nie recenzja, bo zważywszy na wciąż żywe emocje po seansie, chyba jeszcze nie potrafię jej napisać.

„Dom dobry” jest chyba pierwszym filmem Smarzowskiego, przy którym naprawdę musiałem odwracać twarz od ekranu. Stężenie przemocy jest tu tak duże, że momentami po prostu nie da się tego unieść. Jednocześnie, słysząc na sali kinowej śmiech innych osób (z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów), czułem, jak mimowolnie narasta we mnie agresja. Są takie filmy, które człowiek woli oglądać w samotności, zwłaszcza jeśli jest się wrażliwym emocjonalnie. A jednak nie wiem, czy „Dom dobry” do nich należy, bo po wyjściu z kina w absolutnej ciszy i z poczuciem bycia emocjonalnie pobitym dobrze jest móc zwyczajnie do kogoś się przytulić.

Smarzowski pozostaje konsekwentny w portretowaniu świata pełnego pękniętych moralnie ludzi, ale tym razem mam wrażenie, że wykonał o jeden krok za daleko. Obserwując kolejne sceny z życia bohaterki, która nie dostaje nawet sekundy wytchnienia i dla której nie ma żadnej nadziei, zaczynamy kwestionować to, co widzimy. Rozumiem argumenty tych, którzy twierdzą, że właśnie intensywność przemocy czyni ten film tak mocnym, ale jest subtelna granica między epatowaniem a fetyszyzacją. Pokazując dwie brutalne sceny, naprawdę można darować sobie trzecią, tymczasem Smarzowski dokłada czwartą i piątą — i uczciwie przyznam, że jestem o to na niego zły. O przemocy naprawdę da się opowiadać w kinie inaczej, równie porażająco, czego najlepszym przykładem jest choćby „Strefa interesów” Jonathana Glazera.

Bardzo podoba mi się oryginalna forma filmu, która idealnie spina się z jego treścią – ofiary przemocy naprawdę nie potrafią wskazać jednego momentu, w którym ich życie zaczęło zamieniać się w piekło. Z kolei wspomnienia balansujące na granicy jawy i snu świetnie pokazują, do czego prowadzi konsekwentnie stosowany gaslighting. „Dom dobry” najmocniej wybrzmiewa dla mnie w tych scenach, które ujawniają, że jako społeczeństwo wciąż nie zdajemy egzaminu z bycia człowiekiem. To te chwile, w których jako rodzina, znajomi, sąsiedzi czy przypadkowi świadkowie widzimy przemoc, a jednak nie reagujemy — podobnie jak przedstawiciele instytucji, którzy zamiast wsparcia potrafią stać się kolejną barierą. Tym bardziej żałuję, że na końcu filmu zabrakło planszy z numerami pomocowymi dla osób, które takiej pomocy naprawdę potrzebują.

Przedstawiając losy bohaterów, Smarzowski korzysta z mrocznej palety barw, szorstkiej scenografii i ciasnych kadrów, tworząc świat, który staje się nie tylko tłem, ale wręcz aktywnym uczestnikiem opowieści. Ten klimat nie jest czystą estetyką – podkreśla poczucie winy, lęku i niepewności, które buzują w bohaterach nawet wtedy, gdy na ekranie panuje cisza. Tomasz Schuchardt i Agata Turkot świetnie odnajdują się w tej artystycznej wizji i przechodzą na ekranie samych siebie. Możemy się tylko domyślać, jak ogromnym kosztem okupili te kreacje…  Tym bardziej szokujące są kolejne artykuły prasowe informujące, że Schuchardt musi się dziś mierzyć z hejtem od widzów, którzy mylą aktora z jego postacią – serio, w którym my żyjemy roku?! Na uwagę zasługują też drugoplanowe, ale bardzo wyraziste role Agaty Kuleszy i Marii Sobocińskiej.

„Dom dobry” to kolejny ważny film Smarzowskiego, którego nigdy więcej nie obejrzę. I od razu zaznaczę, że tą opinią nie namawiam nikogo do dyskusji – każdy z nas odbiera kino inaczej, nie tylko przez pryzmat własnych upodobań, ale przede wszystkim wrażliwości i życiowych doświadczeń. Gdy czytam setki komentarzy kobiet, które przez łzy dziękują reżyserowi za to, że ten film powstał, wiem i czuję, że właśnie tak to działa. To kino, które jednych rani, innych wzmacnia, a jeszcze innym po prostu otwiera oczy. Ode mnie 7,5/10.