MIŁOŚĆ (KJÆRLIGHET), reż. Dag Johan Haugerud, 2024

Trylogia miłosna Richarda Linklatera doczekała się godnego konkurenta – norweskiej serii „Sex – Love – Dreams” autorstwa Daga Johana Haugeruda. Linklater badał ewolucję uczuć – od zauroczenia, przez tęsknotę, po codzienność pełną kompromisów – natomiast Haugerud przygląda się trzem etapom ludzkiego doświadczenia emocjonalnego: pożądaniu, pragnieniu i miłości. O ile u Linklatera śledziliśmy losy jednej pary, o tyle u Haugeruda każdy film opowiada osobną historię, choć razem tworzą szeroką opowieść o relacjach w świecie współczesnym – od fizyczności po dojrzałą bliskość. To kino „uroczo przegadane”, w którym dialogi znaczą więcej niż akcja, a słowa stają się narzędziem odkrywania emocji. Jeśli – tak jak ja – lubicie takie filmy, warto wiedzieć, że „Miłość” Haugeruda wchodzi do polskich kin już 7 listopada.

Głównymi bohaterami są Marianne (Andrea Bræin Hovig), lekarka w średnim wieku, która żyje samotnie i unika trwałych związków, oraz Tor (Tayo Cittadella Jacobsen) – opiekuńczy pielęgniarz z nietradycyjnym podejściem do seksualności, którego życie nocne obraca się wokół przypadkowych spotkań z nowo poznanymi mężczyznami. Ich ścieżki krzyżują się na promie płynącym do Oslo, gdzie Tor dzieli się z Marianne swoimi doświadczeniami i filozofią „luźnych” relacji, co zmusza ją do refleksji nad własnymi oczekiwaniami wobec intymności. Spotkanie to staje się dla Marianne impulsem, by poddać w wątpliwość przyjęte normy i zastanowić się, czy spontaniczność może zastąpić stabilność.

To film o niezwykłej wrażliwości, który z dojrzałością podchodzi do tematu uczuć i relacji międzyludzkich. Reżyser rezygnuje z melodramatycznych schematów i nie buduje napięcia wokół zdrad czy zazdrości, skupiając się na emocjonalnych niuansach, niepewnościach i potrzebie bliskości. Pokazuje miłość jako proces wymagający szczerości wobec siebie, umiejętności komunikacji i akceptacji własnych ograniczeń. Jednocześnie osadza historię w środowisku miejskiej klasy średniej, czyniąc z Oslo nie tylko tło, lecz także lustro współczesnych relacji, w których racjonalność coraz częściej ściera się z emocjonalnością. W efekcie „Miłość” staje się nie tylko intymnym portretem bohaterów, lecz także socjologicznym komentarzem o samotności ludzi, którzy potrafią o uczuciach mówić, ale coraz rzadziej potrafią je przeżywać.

Ogromnym atutem filmu jest naturalność dialogów i wiarygodność relacji między bohaterami, które brzmią jak rozmowy prawdziwych ludzi, a nie literackie konstrukcje. Haugerud pozwala im mówić prosto, z rezerwą typową dla skandynawskiej kultury, pod którą jednak pulsują emocje – napięcie, niepewność i pragnienie bliskości. Widz ma poczucie, że uczestniczy nie w fikcji, lecz w autentycznym procesie wzajemnego poznawania się i rozumienia. Równie ważną rolę odgrywa Oslo – miasto, które staje się cichym bohaterem filmu, odbijając we wnętrzach, ulicach i światłach nocnych stany emocjonalne postaci. Ta subtelna symbioza miejsca i ludzi sprawia, że film nabiera wyjątkowej intymności i prawdy.

„Miłość” wpisuje się w charakterystyczny nurt skandynawskiego minimalizmu, w którym dominują długie ujęcia, spokojne rozmowy i codzienność ukazana bez pośpiechu. Styl Haugeruda opiera się na powściągliwości – kamera pozostaje nieruchoma, światło jest miękkie, a kolory stonowane, dzięki czemu każdy kadr emanuje spokojem i prostotą. Ten wizualny minimalizm nie oznacza ubóstwa formy; przeciwnie, pozwala skupić się na emocjach bohaterów i ich wewnętrznych przemianach. Sceny rozmów trwają długo, muzyka pojawia się oszczędnie, a montaż pozostawia przestrzeń na ciszę i refleksję, przez co seans przypomina obserwowanie życia w jego naturalnym rytmie. Dla jednych będzie to doświadczenie medytacyjne i kojące, dla innych – zbyt powolne, ale z pewnością warte uwagi.

To propozycja dla widzów, którzy cenią kino oparte na rozmowie, geście i spojrzeniu, a nie na gwałtownych zwrotach akcji. „Miłość” można uznać za kontynuację tradycji skandynawskiego realizmu psychologicznego, ale też za film, który pyta, czy współczesny człowiek potrafi jeszcze naprawdę kochać, skoro coraz częściej analizuje uczucia zamiast je przeżywać. To kino, które nie manipuluje emocjami, lecz uważnie je bada – ode mnie 7/10.