SMASHING MACHINE (THE SMASHING MACHINE), reż. Benny Safdie, 2025

„Smashing Machine” nie bez powodu promowany jest jako film, który podczas Festiwalu w Wenecji zebrał kilkunastominutowe owacje, doprowadzając twardziela Dwayne’a Johnsona do łez. To wyraźny sygnał, że mamy do czynienia z dziełem, które porusza i budzi emocje. Gremia przyznające nagrody filmowe uwielbiają takie historie – zwłaszcza te o sportowcach i aktorskich metamorfozach. „Smashing Machine” wpisuje się w te schematy, lecz – co istotne – nie sprawia wrażenia filmu zrobionego „pod Oscary”. To autentyczna, znakomicie zrealizowana opowieść, która naprawdę porusza. Dopiero wchodzimy w sezon nagród filmowych , ale już dziś można powiedzieć, że to najlepszy film Safdiego i najwybitniejsza rola Johnsona. To wystarczające dwa powody, by wybrać się do kina – o pozostałych piszę poniżej.

To historia Marka Kerra (Dwayne Johnson) – gwiazdy MMA, która na szczycie kariery zmaga się z uzależnieniem i presją. Towarzyszą mu jego partnerka Dawn Staples (Emily Blunt) oraz trener i przyjaciel Mark Coleman (Ryan Bader). Safdie pokazuje świat sportu pozbawiony blasku – pełen potu, krwi i milczącej rozpaczy. To portret człowieka, który walczy nie tylko w oktagonie, lecz przede wszystkim z samym sobą.

Film porusza tematy uzależnienia, samotności i destrukcyjnej potrzeby bycia najlepszym – nawet kosztem zdrowia i emocji. Twórców nie interesuje sport jako widowisko, lecz sport jako uzależnienie – sposób na zagłuszanie bólu i lęku. Safdie odrzuca mit sukcesu, tworząc film o przegranych w ciele zwycięzcy, o człowieku, który nie potrafi przestać walczyć nawet wtedy, gdy walka już go zniszczyła. To złożony portret autodestrukcji, pokazujący, jak ból staje się nieodłączną częścią tożsamości sportowca. Każda scena – od treningu po momenty upadku – balansuje między brutalnością a czułością, pytając o to, co pozostaje z człowieka, gdy jego ciało przestaje być narzędziem triumfu.

Safdie, znany dotąd z oryginalnego, „nerwowego” montażu i nieustannego napięcia („Good Time”, „Nieoszlifowane diamenty”), tym razem świadomie zwalnia tempo, oferując kino bardziej kontemplacyjne – zbudowane z obserwacji, gestów i ciszy. „Smashing Machine” to jego najbardziej powściągliwy i dojrzały film, będący świadomym przełamaniem dotychczasowego stylu. Reżyser rezygnuje z hałaśliwej intensywności na rzecz długich ujęć i niemal dokumentalnej ciszy, tworząc opowieść, w której napięcie rodzi się ze spojrzeń, nie z krzyku. Faktura wizualna filmu – ziarnista, przytłumiona, pełna niedoskonałości – przywołuje estetykę późnych lat 90. i nadaje całości autentyczności. Dzięki temu „Smashing Machine” nie przypomina typowej hollywoodzkiej biografii sportowej, lecz staje się melancholijnym portretem człowieka uwięzionego w brutalnym rytuale rywalizacji.

Najmocniejszym elementem filmu jest bez wątpienia rola Dwayne’a Johnsona – zgadzam się z tymi, którzy uważają ją za punkt zwrotny w jego karierze. Aktor zrezygnował z wizerunku niepokonanego herosa, odsłaniając zupełnie inną stronę siebie: słabość, zagubienie i fizyczne cierpienie. Jego Mark Kerr to człowiek rozdarty między siłą a autodestrukcją, między potrzebą akceptacji a narastającym gniewem, a Johnson buduje tę postać poprzez niuanse: gesty dłoni, napięcie mięśni, drżenie oddechu. To jego najbardziej świadoma i intymna rola, pozbawiona maniery i autoparodii. Ale „Smashing Machine” to nie tylko „The Rock” – na drugim planie błyszczą Emily Blunt jako partnerka, której intencje trudno jednoznacznie odczytać, oraz Ryan Bader w roli trenera łączącego surowość z lojalnością i próbą ocalenia człowieka, który coraz bardziej wymyka się spod kontroli.

Film zrobił na mnie duże wrażenie, nic więc dziwnego, że powyższa recenzja może sprawiać wrażenie, iż to dzieło pozbawione wad. Dla mnie drobnym mankamentem pozostaje brak wyraźnego momentu kulminacyjnego – sceny, która nadałaby opowieści katharsis lub mocniejszego domknięcia. Zamiast punktu przełamania „Smashing Machine” pozostawia widza z poczuciem lekkiego niedosytu. Ode mnie 8/10 – film wchodzi do kin już w najbliższy piątek, gorąco zachęcam do seansu.