PRZEŚWIT, reż. Magdalena Pięta, 2024

Są takie filmy, które nie krzyczą. Zamiast epatować emocjami, powoli wciągają widza w swój świat, coraz mocniej intrygując i stopniowo zaciskając wokół niego pętlę napięcia. Takim jest właśnie „Prześwit” – debiut fabularny Magdaleny Pięty. To kino pełne sprzeczności: z jednej strony przyciąga hipnotycznym klimatem, z drugiej – z uwagi na surową formę – utrzymuje widza na dystans. To produkcja, która wiele obiecuje, ale ostatecznie pozostawia lekki niedosyt. Mimo pewnych zastrzeżeń trudno odmówić jej oryginalności – to jeden z najciekawszych polskich debiutów ostatnich miesięcy i zapowiedź, że nazwisko reżyserki warto zapamiętać.
Podczas spaceru na Ślęży znika młoda matka, zostawiając wózek z niemowlęciem. Śledztwo prowadzi porucznik Andrzej (Cezary Łukaszewicz), który organizuje rekonstrukcję zdarzeń z udziałem męża zaginionej, Zygmunta (Mateusz Górski), oraz emerytowanego jasnowidza (Piotr Pilitowski). W rolę zaginionej wciela się pozorantka Agata (Daria Polunina) – jej obecność zaczyna niepokojąco wpływać na uczestników rekonstrukcji. Z czasem granice między rzeczywistością a wyobrażeniami coraz bardziej się zacierają.
„Prześwit” to film, w którym emocjonalna prawda kobiet splata się z duchową symboliką natury. Magdalena Pięta w subtelny sposób podejmuje temat samotności, macierzyństwa i społecznych oczekiwań wobec kobiet, pokazując je w świecie wymagającym od nich poświęcenia przekraczającego ludzką miarę. Jednocześnie z wyczuciem balansuje między realizmem a metafizyką – las i góry tętnią tu własnym życiem, przywołując dawne wierzenia i intuicyjną duchowość. Ta symboliczna warstwa, choć miejscami jedynie zarysowana, nadaje opowieści wymiar przypowieści o winie, odkupieniu i powrocie do źródeł. Film staje się dzięki temu intymnym portretem kobiecego doświadczenia, rozgrywającym się jednocześnie w świecie rzeczywistym i w przestrzeni emocji.
Największą siłą „Prześwitu” jest jego hipnotyczny klimat – chłodny, surowy, a zarazem niezwykle sugestywny. Magdalena Pięta z precyzją buduje nastrój zawieszenia, wykorzystując zasnute mgłą pola, stłumione dźwięki lasu i blade światło zimowego dnia. W tym oszczędnym, niemal medytacyjnym rytmie doskonale odnajdują się aktorzy – zwłaszcza Cezary Łukaszewicz i Daria Polunina – którzy grają emocjami ukrytymi pod powierzchnią słów. Ich spojrzenia i drobne gesty mówią więcej niż dialogi, a relacja między nimi ma siłę intymnego spektaklu rozgrywanego w ciszy. Jednocześnie brak wyraźnego protagonisty sprawia, że widz, choć zafascynowany atmosferą filmu, nie zawsze potrafi w pełni zaangażować się emocjonalnie w losy bohaterów.
Konsekwentny minimalizm narracyjny może przynieść „Prześwitowi” tyle samo zwolenników, co przeciwników. Surowa forma, chłód emocjonalny i powściągliwość postaci, choć artystycznie uzasadnione, utrudniają pełne zaangażowanie w ich losy. Nie pomaga też styl dialogów, które chwilami brzmią zbyt teatralnie, kontrastując z naturalistyczną warstwą wizualną. Otwarte zakończenie, pozbawione wyraźnej kulminacji, pozostawia poczucie niedosytu – zamiast emocjonalnego domknięcia dostajemy ciszę i zawieszenie. Fragmentaryczna konstrukcja z elipsami i przerwami w narracji w równym stopniu może fascynować, co wytrącać z rytmu odbioru.
Niejednoznaczność – to słowo najlepiej oddaje naturę „Prześwitu”. Zdarzenia i relacje między bohaterami pozostają celowo niejasne, a widz sam musi zdecydować, co jest prawdą, a co jedynie projekcją emocji lub wspomnień. To kino, które bardziej pyta, niż odpowiada. Choć film zaintrygował mnie swoim oryginalnym klimatem, jego surowa forma pozostawiła we mnie poczucie niedosytu. Czy polecam? Tak, ale przede wszystkim tym, którzy cenią kino kontemplacyjne – ja wiem, że będę musiał jeszcze do „Prześwitu” wrócić.


