TRON: ARES, reż. Joachim Rønning, 2025

Choć wiem, że „Tron” Stevena Lisbergera z 1982 roku wciąż uchodzi za klasykę kina science fiction, nigdy nie byłem wielkim fanem tej serii. Obejrzałem film stosunkowo późno i uważam, że niestety mocno się zestarzał. Sequel z 2010 roku zrobił na mnie nieco lepsze wrażenie, ale nadal nie zachwycał. Z tego powodu skłamałbym, gdybym powiedział, że z niecierpliwością czekałem na premierę kolejnej części. Kiedy jednak otrzymałem zaproszenie na seans przedpremierowy od sieci Cinema City, postanowiłem dać nowemu filmowi szansę. Wyszedłem z kina naprawdę zadowolony i z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że „Tron: Ares” to najlepszy film z całej serii.
Akcja rozgrywa się kilka lat po wydarzeniach z filmu „Tron: Dziedzictwo”. Głównym bohaterem jest Ares (Jared Leto) – zaawansowany program, który niespodziewanie zostaje przeniesiony z cyfrowego świata do rzeczywistości. Jego pojawienie się uruchamia lawinę zdarzeń, w które zostaje uwikłana naukowczyni Eve Kim (Greta Lee), próbująca zrozumieć naturę nowej, samoświadomej formy życia. W tle toczy się spór między korporacyjną chciwością a wiarą w technologię zdolną służyć człowiekowi, a nie nim rządzić.
„Tron: Ares” wprowadza wiele intrygujących motywów – od prób przekroczenia granicy między kodem a ciałem po pytania o etykę tworzenia sztucznych bytów. Choć film czerpie z dorobku poprzednich części, rozwija je w kierunku refleksji nad generatywną sztuczną inteligencją i możliwością przeniesienia świadomości cyfrowych istot do świata realnego. Wątek „programów, które chcą istnieć” otwiera przestrzeń do filozoficznych interpretacji, stając się metaforą ludzkiego pragnienia życia poza ograniczeniami. Pomysł na „kod stałości” – klucz do przetrwania poza systemem – symbolizuje z kolei tęsknotę za nieśmiertelnością i zachowaniem tożsamości w epoce cyfrowego chaosu. Za efektowną fasadą kryje się więc próba rozmowy o kondycji współczesnego świata, o granicy między człowiekiem a maszyną i o strachu przed utratą człowieczeństwa.
Film zachwyca zmysłowością formy – od gęstych neonów i symetrii kadrów po perfekcyjnie zaprojektowaną przestrzeń łączącą świat rzeczywisty z cyfrowym. Każda scena jest dopracowana w detalach, a reżyser Joachim Rønning z wyczuciem równoważy widowiskowość efektów z fizycznością ruchu postaci. Tam, gdzie akcja nabiera tempa, film pokazuje pełnię swojego potencjału – dynamiczne pościgi i pojedynki olśniewają choreografią oraz montażem idealnie zgranym z muzyką. Ścieżka dźwiękowa duetu Trent Reznor i Atticus Ross nadaje obrazowi puls i emocjonalny rytm, często przejmując kontrolę nad nastrojem całych sekwencji. W rezultacie „Tron: Ares” działa jak hipnotyczne doświadczenie audiowizualne, w którym obraz i dźwięk tworzą spójną, immersyjną całość.
Na plus zaliczyć należy również aktorstwo, zwłaszcza w wykonaniu Grety Lee, która wnosi do tej chłodnej, cyfrowej opowieści prawdziwie ludzkie emocje – jej bohaterka staje się pomostem między światem ludzi a sztucznych bytów. Jared Leto gra swoją postać z dystansem i chłodem, co w kontekście roli cyfrowej istoty wydaje się uzasadnione – jego powolna nauka odczuwania ma w sobie pewną melancholię. Na drugim planie błyszczą Evan Peters, Gillian Anderson i Jodie Turner-Smith; szkoda jednak, że ich postacie otrzymują zbyt mało czasu ekranowego, by naprawdę wybrzmieć. W efekcie część z nich wypada powierzchownie – motywacje są uproszczone, a dialogi często pełnią funkcję objaśniającą zamiast budować relacje. Zabrakło też odrobiny lekkości i humoru, które mogłyby nadać tej historii bardziej ludzki wymiar.
Fabuła bywa przewidywalna i opiera się na znanych motywach – rebelii, poszukiwaniu wolności czy konflikcie między twórcą a jego dziełem – ale nie traktuję tego jako wady. Wręcz przeciwnie, mimo powtarzalnych schematów, seans dostarcza autentycznej przyjemności i nie sposób się na nim nudzić. To kino, które w pełni ujawnia swój potencjał w formacie IMAX, gdzie można docenić skalę i precyzję jego wizualnej ambicji. W wielu momentach forma staje się tu samodzielnym nośnikiem emocji. Ode mnie solidne 7/10.



Zawsze tu coś znajdę dla siebie.Zatrzymałem się przy tym wpisie na dłużej. Doceniam brak zbędnych ozdobników. Zapisuję stronę – za jakiś czas będę chciał tu wrócić, żeby poczytać nowe mam nadzieje równie dobre teksty.