DROGA DO VERMIGLIO (VERMIGLIO), reż. Maura Delpero, 2024

Jesień to ten czas w roku, gdy fani popkultury często mówią o „klęsce urodzaju”. W zalewie filmowych i serialowych premier łatwo przeoczyć produkcje bardziej kameralne, pozbawione rozbuchanej machiny promocyjnej. Właśnie o takim tytule chciałbym dziś opowiedzieć. „Droga do Vermiglio” to przykład kina kontemplacyjnego, które nie tylko pozwala poczuć autentyczną bliskość ze światem przedstawionym, lecz także zostawia widza z wartościowymi refleksjami.
Akcja filmu rozgrywa się w 1944 roku w górskiej wiosce Vermiglio, na granicy włosko-austriackiej. Życie rodziny miejscowego nauczyciela zostaje wywrócone do góry nogami, gdy w ich domu ukrywa się Pietro – dezerter uciekający przed frontem. Na tle surowej codzienności film pokazuje narastające napięcia między tradycją a nowoczesnością, wspomnienia wojny oraz trudną sytuację kobiet w konserwatywnej wspólnocie. To kameralna historia o dojrzewaniu, wolności i cenie, jaką trzeba zapłacić za próbę wyjścia poza narzucone schematy.
„Droga do Vermiglio” to opowieść o kobietach, które zmagają się z codziennością w świecie, gdzie wciąż rządzą tradycja i patriarchalne schematy. Film ukazuje ich czułość, determinację i niewypowiedziane konflikty bez cienia nachalnego moralizatorstwa. Feministyczny wydźwięk historii rodzi się z samego sposobu narracji – kamera koncentruje się na emocjach bohaterek i ich wewnętrznych napięciach, zamiast na efektownych gestach buntu. To dowód odwagi reżyserki, która świadomie unika łatwych emocjonalnych chwytów.
Delpero buduje narrację w rytmie codzienności – w powtarzających się gestach, długich ujęciach oraz w dźwiękach wiatru i skrzypiącego śniegu. Taki sposób opowiadania pozwala widzowi zatrzymać się i głębiej wejść w doświadczenie bohaterek. Film rezygnuje z widowiskowych konfliktów na rzecz obserwacji drobnych czynności: przygotowywania posiłków, naprawy sprzętów czy pracy w gospodarstwie. Te pozornie proste sceny nie są wypełniaczem, lecz narzędziem budowania autentyczności – dzięki nim można poczuć, jak wygląda życie w odciętej od świata górskiej społeczności: z pozoru monotonne, a w rzeczywistości podszyte napięciem i cichymi przemianami społecznymi.
Reżyserka nadaje całemu filmowi jednolity rytm i styl – stonowana kolorystyka, oszczędny montaż, minimalistyczna muzyka i powściągliwa gra aktorska tworzą spójne, przemyślane dzieło. To przykład kina, w którym fabuła jest nierozerwalnie związana z formą, a najlepszym tego dowodem są starannie wykadrowane zdjęcia, operujące naturalnym światłem i subtelną paletą barw. Śnieżne stoki, zamglone doliny i surowe alpejskie lasy nie stanowią jedynie tła, lecz stają się nośnikiem emocji – oddają poczucie izolacji, chłodu i nieuchronności zmian. Te obrazy wprowadzają widza w świat bohaterów lepiej niż dialogi: jest w nich zarówno melancholia, jak i brutalne piękno górskiego krajobrazu.
Minimalizm w grze aktorskiej i powściągliwość w wyrażaniu emocji sprawiają, że film może być odbierany przez część widzów jako zbyt hermetyczny. W jego tonie wyczuwalny jest chłód emocjonalny i pewien dystans wobec odbiorcy. Choć oszczędność dialogów to świadomy zabieg reżyserki, nie zawsze okazuje się w pełni udany – niektóre decyzje bohaterek i nagłe zwroty w relacjach pozostają niedostatecznie wyjaśnione. Szkoda też, że część konfliktów rodzinnych i społecznych, choć intrygujących, została jedynie naszkicowana i nie doczekała się głębszego rozwinięcia. Ten brak pogłębienia sprawia, że film nie wykorzystuje w pełni potencjału tematów, które podejmuje.
Film zrobił na mnie duże wrażenie, zwłaszcza dzięki subtelnym, poruszającym scenom, w których bohaterowie próbują na chwilę wyrwać się z codziennych ograniczeń i odnaleźć poczucie wolności. Na duży plus zasługuje reżyserska konsekwencja oraz spójność estetyczna dzieła, podkreślona motywem cykliczności natury i życia. To kameralne kino, które nie szuka tanich efektów, lecz buduje emocje w rytmie zmieniających się pór roku. Ode mnie solidne 7/10.


