ZWIERZĘ (ANIMALE), reż. Emma Benestan, 2024

W ostatnich latach kino body horroru przeżywa renesans – twórcy coraz częściej sięgają po motyw cielesnej przemiany, by opowiadać o lękach i pragnieniach współczesnego człowieka. „Zwierzę” w reżyserii Emmy Benestan wpisuje się w ten nurt, proponując hipnotyczną opowieść o kobiecej sile, dzikości i cienkiej granicy między człowiekiem a bestią. Film zadebiutował na ekranach polskich kin w miniony piątek.
Młoda zawodniczka wyścigów byków, Nejma (Oulaya Amamra), z determinacją stara się wywalczyć miejsce w hermetycznym, zdominowanym przez mężczyzn świecie tradycyjnych zawodów. Jej codzienny trening i rywalizacja na arenie to nie tylko walka o sportowy sukces, lecz także o prawo do bycia sobą i przekraczania granic narzuconych przez otoczenie. Wraz ze wzrostem stawki i presji społecznej bohaterka odkrywa w sobie niepokojące impulsy oraz siłę wymykającą się spod kontroli – historia o ambicji i emancypacji przeradza się w mroczną opowieść o konfrontacji z własną, dziką naturą.
„Zwierzę” działa na kilku poziomach: to opowieść o dorastaniu w środowisku zdominowanym przez patriarchat, alegoria walki o kontrolę nad własnym ciałem i pragnieniami, a zarazem historia powrotu do zwierzęcej natury i instynktów, które społeczeństwo próbuje stłumić. To recenzja bezspoilerowa, dlatego nie zdradzę kluczowych szczegółów fabuły – po seansie wielu widzów zapewne zgodzi się jednak z tezą, że ideowa warstwa filmu brzmi jak współczesny manifest feministyczny.
Film wymyka się prostym klasyfikacjom — nie jest typowym horrorem ani czystym dramatem psychologicznym. Łączy elementy feministycznego kina coming-of-age, thrillera psychologicznego, mitu o potworze oraz wspomnianego już body horroru. Ta hybrydowość bywa zarówno atutem, jak i słabością: przechodzenie między realizmem a metaforą dodaje głębi, lecz nie zawsze przebiega w pełni płynnie. Na plus zasługuje fakt, że twórcy nie uciekają się do tanich straszaków, lecz konsekwentnie budują aurę niepokoju, stawiając na naturalizm. Duży udział w tym ma dbałość o sugestywną warstwę wizualną i klimat.
Oulaya Amamra z powodzeniem wciela się w Nejmę – młodą kobietę zmagającą się z rygorami świata zdominowanego przez mężczyzn i niepisane zasady. Bohaterka jest zarazem krucha i niepokojąco silna, co aktorka wyraża gestami, mimiką i fizycznością. To rola wielowarstwowa: odsłania gniew, wstyd, determinację, potrzebę przetrwania i pragnienie wyzwolenia.
Tym większa szkoda, że niektóre wątki poboczne — m.in. relacje rodzinne, tło kulturowe czy motyw mitologiczny — zostały jedynie zarysowane i nie doczekały się pełniejszego rozwinięcia. Brakuje wyraźniejszego kontekstu dla nadprzyrodzonych elementów oraz wskazania, gdzie kończy się mit, a zaczyna rzeczywistość. Niedopowiedzenia wprawdzie budują aurę tajemnicy, ale momentami sprawiają wrażenie niedopracowania scenariusza i pozostawiają poczucie niedosytu.
„Zwierzę” to odważna, wizualnie sugestywna i tematycznie aktualna próba połączenia dramatu feministycznego z body horrorem. Jestem rozdarty w ocenie – doceniam minimalizm i aurę tajemniczości, ale trudno było mi w pełni zanurzyć się w tej opowieści. Ode mnie 6/10.


