WIELKI MARSZ (THE LONG WALK), reż. Francis Lawrence, 2025

Historia ekranizacji „Wielkiego marszu” jest wyjątkowo długa i kręta, co samo w sobie dodaje filmowi pewnej legendy. Przez lata próbowało sięgnąć po nią kilku uznanych twórców – od George’a A. Romero, przez Franka Darabonta, aż po André Øvredala – zanim ostatecznie trafiła w ręce Francisa Lawrence’a. To bez wątpienia właściwy czas: świat oszalał na punkcie „Squid Game” i „Alice in Borderland”, a reżyser „Igrzysk śmierci” świetnie odnajduje się w podobnej estetyce dystopijnej rywalizacji. Efekt? Strzał w dziesiątkę, zarówno jeśli chodzi o oddanie ducha powieści, jak i współczesny rytm narracji. To pierwsza od lat adaptacja Kinga, którą z pełnym przekonaniem stawiam obok „Skazanych na Shawshank” i „Zielonej mili”.

Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w świecie rządzonym przez brutalne zasady i widowiska oparte na cierpieniu. Co roku organizowany jest marsz, w którym bierze udział pięćdziesięciu młodych chłopaków – zwycięzca może liczyć na sławę i dostatek, przegrani płacą najwyższą cenę. W centrum fabuły znajduje się Ray Garraty (Cooper Hoffman), którego determinacja i wątpliwości czynią go najbardziej ludzkim bohaterem tego okrutnego spektaklu. Towarzyszą mu m.in. odważny Peter McVries (David Jonsson) i niepokojący Stebbins (Garrett Wareing), a całość nadzoruje nieugięty Major (Mark Hamill). Wzajemna rywalizacja i stopniowe wyczerpanie uczestników marszu napędzają narrację, prowadząc widza do przejmującego finału.

„Wielki marsz” to opowieść o systemie, który wystawia młodych ludzi na próbę granic fizycznej i psychicznej wytrzymałości, podejmując wątki przemocy, zniewolenia i walki o godność. Twórcom udało się znakomicie oddać atmosferę dystopijnego eksperymentu — monotonię marszu, fizyczne cierpienie i psychiczne rozchwianie uczestników — przy pełnej wierności duchowi prozy Stephena Kinga. Lawrence nie szuka łatwych dróg — zamiast łagodzić brutalność, buduje przejmujący obraz świata, w którym bezwzględne zasady powoli wypalają w bohaterach resztki siły i nadziei. Choć fabuła wydaje się prosta, jej istotą stają się relacje rodzące się w ekstremalnych warunkach: współczucie, przyjaźń, rywalizacja czy zdrada. To właśnie one nadają historii emocjonalną głębię i sprawiają, że każdy krok bohaterów nabiera znaczenia.

Nieprzypadkowo „Wielki marsz” trafił na ekrany właśnie teraz — z jednej strony to klasyczna dystopia, a z drugiej przejmująca metafora współczesnej Ameryki, w której brutalność i przymus podszywają się pod wolny wybór. Film boleśnie pokazuje, jak łatwo społeczeństwo oswaja się z przemocą, gdy ta zostaje opakowana w formę widowiska. Nic dziwnego, że film odbiera się zatem również jako komentarz do świata systemowej przemocy i wyścigu szczurów, w którym jednostka musi podporządkować się nieludzkim zasadom. W wizji Lawrence’a wyraźnie pobrzmiewają analogie do współczesnych realiów — rywalizacji w pracy, presji społecznej czy mechanizmów władzy. Ta aktualna metaforyka nadaje filmowi dodatkową warstwę interpretacyjną i sprawia, że trudno przejść obok niego obojętnie.

Jednym z najmocniejszych atutów filmu jest jego surowy realizm: wyniszczone ciała, pot, otarcia i chwiejne kroki bohaterów sprawiają, że widz niemal fizycznie odczuwa ciężar wędrówki. Kamera z niezwykłą uwagą rejestruje każdy detal, balansując na granicy dokumentalnej obserwacji i dystopijnej wizji — dla jednych to wstrząsający środek wyrazu, dla innych przesadna drastyczność. Minimalistyczna warstwa wizualna i dźwiękowa — monotonia pejzaży, rytm kroków i oddechów, celowe operowanie ciszą — potęguje immersję i pozwala zanurzyć się w doświadczeniu marszu bez zbędnych ozdobników. Na osobne wyróżnienie zasługują także aktorzy, z Cooperem Hoffmanem i Davidem Jonssonem na czele, których kreacje wydobywają z postaci pełne spektrum emocji: od determinacji, przez desperację, po psychiczne załamanie — dalekie od prostych schematów.

To intensywna, mroczna i wierna duchowi Kinga adaptacja, która nie boi się brutalności ani emocjonalnych napięć. Choć momentami może przytłaczać swoją drastycznością, pozostaje przejmującym obrazem o sile i kruchości człowieka — ode mnie 7,5/10, bardzo polecam.