EDEN, reż. Ron Howard, 2024

„Eden” to tytuł, który elektryzował mnie od dawna. Za kamerą stanął Ron Howard, w obsadzie pojawiły się głośne nazwiska, a muzykę skomponował sam Hans Zimmer – czy to nie brzmi jak przepis na sukces? Pamiętałem też, że wcześniej nad projektem pochylał się Paweł Pawlikowski, co dodatkowo podniosło poprzeczkę oczekiwań. I co z tego finalnie wyszło? Film nierówny, pełen pęknięć i zaskakujących decyzji, ale właśnie dzięki tej niejednorodności stanowiący ciekawy rozdział w karierze Howarda – mniej wygładzony, a bardziej ryzykowny. Choć mam do niego wiele zastrzeżeń, nie sposób zaprzeczyć, że seans dostarczył mi sporo satysfakcji.

W latach 30. XX wieku na odległej wyspie Galapagos grupa Europejczyków próbuje stworzyć utopijną kolonię. Jej inicjatorem jest filozof-idealista (Jude Law), który widzi w izolacji szansę na nowy początek. Do wspólnoty dołącza były żołnierz szukający stabilizacji (Daniel Brühl), jego młoda partnerka rozdarta między marzeniami a realiami (Sydney Sweeney) oraz charyzmatyczna baronowa o niepokojącej aurze (Ana de Armas). Początkowy projekt raju szybko pęka pod ciężarem sprzecznych ambicji, prowadząc bohaterów ku coraz mroczniejszym konsekwencjom.

„Eden” to opowieść o kruszeniu się ideałów – o tym, jak marzenie o samowystarczalnym raju rozpada się w starciu z ludzkimi słabościami, egoizmem i niepohamowaną ambicją. Howard, zwykle utożsamiany z klasycznym hollywoodzkim porządkiem narracyjnym, tym razem próbuje wejść w obszar dużo mroczniejszy, bardziej moralnie chwiejny. Fundamentem fabuły jest prawdziwa historia kolonii na Galapagos, która sama w sobie przypomina kryminalną zagadkę: pełną niedopowiedzeń, rywalizacji i wzajemnych podejrzeń. Widz ma poczucie, że uczestniczy nie tylko w dramacie psychologicznym, ale również w rekonstrukcji tajemniczej sprawy, gdzie granica między dokumentem a fikcją zaciera się z każdą kolejną sceną. Niestety, choć punkt wyjścia wydaje się wymarzonym materiałem na fascynujący thriller, film nie zawsze potrafi utrzymać napięcie na miarę swojego potencjału.

Największą słabością „Edenu” jest brak wyraźnego centrum, które mogłoby scalić wszystkie warstwy narracji. Howard próbuje jednocześnie budować opowieść o utopii, thriller psychologiczny, kryminał i dramat obyczajowy – zamiast synergii otrzymujemy jednak chaos, w którym wątki rywalizują o uwagę widza. Równie rozchwiana jest tonacja: brutalna przemoc sąsiaduje z satyrą, a melodramat z suspensem, co dodatkowo rozprasza. Ambitne pytania o wolność czy złudzenia cywilizacji pozostają w sferze powierzchownych deklaracji, bez konsekwentnego rozwinięcia. W efekcie „Eden” intryguje w detalach, lecz jako całość pozostaje płytki i pozbawiony spójnej siły oddziaływania.

Choć obsada prezentuje się imponująco, nie wszyscy odnajdują się w tej stylistyce. Daniel Brühl i Sydney Sweeney tworzą przekonujące, zniuansowane role, natomiast Jude Law, Vanessa Kirby i Ana de Armas często szarżują, balansując na granicy karykatury. Ich manieryzmy zamiast wzmacniać dramat, wprowadzają rozdźwięk między naturalistyczną oprawą a teatralnością aktorstwa. Bez wątpienia należy docenić warstwę audiowizualną, która nadaje „Edenowi” charakter thrillera psychologicznego, nawet tam, gdzie scenariusz zawodzi. Zdjęcia ukazują Floreanę jako surową, klaustrofobiczną przestrzeń, gdzie każdy kadr przypomina o kruchości człowieka wobec natury. Dopełnia je znakomita muzyka Hansa Zimmera – od subtelnych dronów po narastające pasaże, które współtworzą napięcie i scalają wizualne oraz emocjonalne wrażenia w jedną, gęstą atmosferę.

„Eden” to dzieło nierówne – zarazem fascynujące i frustrujące. Howard zaryzykował, ale nie zdołał utrzymać kontroli nad filmowym eksperymentem. W efekcie powstał obraz efektowny wizualnie, interesujący w detalach, lecz rozchwiany w całości – coś pomiędzy utopią a niedokończonym projektem. Ode mnie 6,5/10.