TRZY MIŁOŚCI, reż. Łukasz Grzegorzek, 2025

Kiedy usłyszałem, że Łukasz Grzegorzek bierze się za thriller erotyczny, pomyślałem: „Okej, wchodzę w to bez pytania o szczegóły”. Twórca „Kampera”, „Córki trenera” i „Mojego wspaniałego życia” konsekwentnie piął się w górę — każdy kolejny film był dojrzalszy, odważniejszy i bardziej świadomy własnego języka. Wspólnym mianownikiem jego wcześniejszych produkcji była subtelna obserwacja emocji i międzyludzkich relacji — bohaterowie funkcjonowali w intymnych układach, a całość okraszona była ironią i przenikliwym realizmem. „Trzy miłości” na pierwszy rzut oka wpisują się w tę tematykę. Film wzbudza jednak we mnie silny dysonans, ponieważ to nie jest thriller erotyczny, a ja nie mam pewności, czy Grzegorzek świadomie stworzył pastisz, czy też może pogubił się w konwencji tego gatunku i oczekuje, że publiczność zinterpretuje to jako zamierzony żart. Przyznam, że już dawno żaden film nie zostawił mnie z tak trudną do rozwikłania zagadką.
Po rozwodzie czterdziestoletnia aktorka Lena (Marta Nieradkiewicz) próbuje ułożyć swoje życie na nowo. Wchodzi w intensywną relację z charyzmatycznym studentem Kundlem (Mieszko Chomka), która szybko przeradza się w grę pragnień i przesuwanych granic. Jej były mąż, Jan (Marcin Czarnik), ceniony prawnik, nie potrafi pogodzić się z rozstaniem i zaczyna coraz mocniej ingerować w jej codzienność. Między trójką bohaterów narasta napięcie — emocjonalne, erotyczne i psychologiczne — prowadzące do nieoczywistych konsekwencji.
„Trzy miłości” eksplorują motywy pożądania, samotności i poszukiwania wolności w relacjach, ale robią to w sposób nieoczywisty. Grzegorzek świadomie igra z konwencją thrillera erotycznego — flirtuje z elementami gatunku tylko po to, by chwilę później je rozbroić. Sceny, które mogłyby budować napięcie, zostają nagle rozbite absurdem, groteską albo humorem sytuacyjnym, jakby reżyser puszczał do nas oko i szeptał: „Spokojnie, nie traktujcie tego zbyt serio”. Ta gra z oczekiwaniami potrafi być fascynująca — film można przez to czytać jako meta-komentarz o pragnieniu stworzenia dreszczowca, a nie jego kolejne wcielenie. Problem w tym, że deklaracja gatunku rozmija się tu z realnym doświadczeniem: obiecuje się nam thriller, a dostajemy… właściwie co? Pastisz? Dramedy z elementami erotyki? Dla jednych będzie to świeże i intrygujące, dla innych — zwyczajnie frustrujące.
Wskazane zabiegi formalne są intrygujące, ale mają swoją cenę — dezorientują widza i sprawiają, że ocena dramaturgicznych intencji twórców staje się niejednoznaczna. Narracja bywa nierówna, a brak wyraźnego punktu zwrotnego powoduje, że finał nie domyka emocjonalnego łuku opowieści. Na tym tle bardzo dobrze radzi sobie trójka charyzmatycznych aktorów: debiutujący Mieszko Chomka wnosi autentyczność i świeżość, Marcin Czarnik wreszcie dostaje rolę na miarę swojego talentu, a Marta Nieradkiewicz znów zachwyca swą eterycznością. Problem pojawia się jednak przy chemii między bohaterami, która wyraźnie dzieli widzów. Podczas gdy jedni będą zachwycać się tą emocjonalną intensywnością, drudzy mogą ją odebrać jako chłodny, zbyt konceptualny układ, pozbawiony autentycznego napięcia.
Największą siłą „Trzech miłości” jest ich wizualna precyzja. Twórcy operują chłodną, kontrastową paletą barw, w której każdy detal kadru jest znaczący i świadomie zaprojektowany. Zamglone szyby, rozedrgane odbicia i klaustrofobiczne kadry budują napięcie skuteczniej niż sama fabuła, subtelnie nawiązując do estetyki noir i sensualnych thrillerów, a jednocześnie umiejętnie unikając kiczu. Równie istotna jest ścieżka dźwiękowa — ambientowe faktury i starannie dobrane utwory scalają tonację scen, potęgując poczucie erotycznej niepewności i psychologicznego napięcia. Dzięki temu sceny intymne nabierają wyjątkowej jakości: są sugestywne, fragmentaryczne i zbudowane z dbałością o atmosferę, a nie tanią prowokację. To jeden z nielicznych polskich filmów ostatnich lat, który traktuje cielesność z powagą i estetyczną konsekwencją, unikając łatwych, efektownych skrótów.
„Trzy miłości” są filmem, który można pokochać za odwagę formalną, ale równie łatwo można się nim rozczarować, jeśli oczekuje się klasycznego thrillera erotycznego. To dzieło balansujące na granicy dekonstrukcji i chaotycznego eksperymentu, piękne wizualnie, ale narracyjnie nie w pełni spełnione. Mam duże trudności z jego oceną, ode mnie 5/10.


