ŻYCIE CHUCKA (THE LIFE OF CHUCK), reż. Mike Flanagan, 2024

Znając dotychczasowy dorobek Mike’a Flanagana, udałem się na seans „Życia Chucka”  z przeświadczeniem, że czeka mnie potężna dawka horroru – w końcu to reżyser, który jak mało kto potrafi operować grozą i napięciem („Nawiedzony dwór na wzgórzu” nadal pozostaje moim ulubionym serialowym horrorem). Tymczasem otrzymałem coś zupełnie innego: film, który zamiast straszyć, zaskakuje refleksyjnością i pozostawia widza z głową pełną pytań o sens życia, przemijanie i znaczenie drobnych chwil. Flanagan sięga po prozę Stephena Kinga – mistrza horroru, ale przekuwa ją w opowieść daleką od typowych ekranizacji jego twórczości. To historia, która angażuje bardziej emocjami i filozoficznym tonem niż jump scare’ami. Film wchodzi do kin już jutro i zdecydowanie warto dać mu szansę — szczegóły poniżej (uprzedzam, dalsza część recenzji zawiera drobne spoilery).

U progu końca świata Marty Anderson (Chiwetel Ejiofor) i Felicia Gordon (Karen Gillan) starają się odbudować swoją relację, jednocześnie próbując rozwikłać zagadkę tajemniczego Chucka Krantza (Tom Hiddleston), którego uśmiechnięta twarz nagle pojawia się na billboardach na całym świecie. Z czasem staje się jasne, że los Chucka w jakiś sposób splata się z ich własnym, a także ze zbliżającą się katastrofą.

„Życie Chucka” porusza tematy związane z przemijaniem, wartością życia i znaczeniem drobnych chwil, które składają się na naszą codzienność. Warstwa filozoficzna i egzystencjalna filmu wykracza daleko poza samą fabułę – Flanagan, adaptując prozę Kinga, nadaje jej iście kontemplacyjny ton, balansując między afirmacją życia a spokojnym pogodzeniem się z jego nieuchronnym końcem. Przekaz jest klarowny: to, co wydaje się nieistotne, może z czasem okazać się najcenniejsze, a nawet w obliczu katastrofy można odnaleźć wewnętrzny spokój. Mimo mrocznego otwarcia kolejne segmenty filmu wprowadzają nutę optymizmu – to nie jest gorzka medytacja nad śmiercią, lecz cichy hołd dla życia i ulotnych chwil, które nadają naszemu istnieniu sens.

Flanagan decyduje się na odważny zabieg narracyjny, dzieląc historię na trzy segmenty ułożone w kolejności odwrotnej do życia bohatera. Zaczynamy od wizji jego śmierci i apokaliptycznego rozpadu świata, cofając się stopniowo ku codziennym chwilom, aż po dzieciństwo. Taka konstrukcja nadaje filmowi melancholijny ton i podkreśla refleksję nad tym, jak koniec może stać się początkiem, a drobne momenty zyskują znaczenie w perspektywie przemijania. To ciekawe, ale im dalej cofamy się w czasie, tym bardziej narracja traci początkowe napięcie, co jednych widzów uspokoi i wzruszy, a innych może pozostawić z poczuciem niedosytu. Osobiście największy problem mam z trzecim segmentem, ukazującym młodość Chucka, który — moim zdaniem — zbyt mocno balansuje na granicy między nostalgią a ckliwością, co nie pasuje do klimatu dwóch wcześniejszych rozdziałów.

Na ekranie pojawia się wielu znakomitych aktorów, w tym Chiwetel Ejiofor, Karen Gillan i Mark Hamill, jednak nikt nie jest w stanie dorównać znakomitemu Tomowi Hiddlestonowi. Kreuje on postać Chucka z ogromnym wyczuciem i subtelnością, unikając przerysowania na rzecz spokojnej, wyważonej charyzmy. Jego bohater jest po prostu autentyczny (a przez to bliski widzowi), rozpoznawalny w codziennych gestach i drobnych odruchach, choć pełni przede wszystkim rolę symbolu – jednostki w ogromnej strukturze czasu. Niełatwo wcielić się w postać, której portret ma bardziej alegoryczny niż psychologiczny charakter, ale Hiddleston radzi sobie z tym znakomicie. Kulminacją jego kreacji jest scena spontanicznego tańca Chucka przy akompaniamencie ulicznej perkusistki – moment szczerości, radości i ulotnej beztroski, w którym film w pełni realizuje swoje przesłanie afirmacji życia i który z pewnością zapisze się w historii kina.

„Życie Chucka” to film, który zaskakuje swoją formą i tonem – zamiast horroru otrzymujemy refleksyjną opowieść o życiu, czasie i ulotności szczęścia. Flanagan tworzy dzieło nierówne, momentami zbyt sentymentalne, ale pełne pięknych momentów i znakomitych kreacji aktorskich. To kino, które pozostaje w pamięci na długo po seansie. Ode mnie solidne 7/10.