DZIEWCZYNA Z KOLONII (KÖLN 75), reż. Ido Fluk, 2025

Obserwując tegoroczne hollywoodzkie premiery, trudno nie odnieść wrażenia, że amerykańska fabryka snów kręci się już głównie wokół własnej osi – powielając schematy, serwując kolejne bezpieczne franczyzy i odgrzewane remaki. Na szczęście kino nie kończy się na Hollywood, a europejscy twórcy wciąż mają dużo do powiedzenia – i robią to z charakterem. W miniony piątek, dzięki dystrybucji Madness, na polskie ekrany trafiła „Dziewczyna z Kolonii” („Köln 75”) – film, który dowodzi, że cicha, osobista opowieść też potrafi wybrzmieć z pełną mocą. Reżyser Ido Fluk sięga po prawdziwą opowieść o Verze Brandes – nastoletniej idealistce, która w 1975 roku zorganizowała legendarny koncert Keitha Jarretta – i przekuwa ją w pełnokrwistą, ciepłą, pełną determinacji opowieść o przekraczaniu granic. Jeśli choć trochę kochacie jazz (albo kino z duszą) – nie przegapcie tego seansu!
Film opowiada historię młodej Very Brandes (GENIALNA Mali Emde), która postanawia doprowadzić do koncertu legendarnego pianisty Keitha Jarretta w operze w Kolonii. Dziewczyna nie ma wpływów, doświadczenia ani pieniędzy – ma za to nieprzeciętną pasję i odwagę, by postawić wszystko na jedną kartę. Kamera śledzi jej zmagania z biurokracją, niejasnymi układami i napięciami w domu, pokazując, że konfrontacja marzeń z rzeczywistością potrafi być zarówno budująca, jak i bolesna. To opowieść o tym, że wielkie rzeczy czasem rodzą się z uporu i młodzieńczej naiwności – i właśnie dlatego potrafią być tak poruszające.
„Dziewczyna z Kolonii” to film o pasji, buncie i potrzebie bycia usłyszaną – portretujący młodą kobietę, która nie zamierza podporządkować się schematom. To jednocześnie historia dojrzewania i wewnętrznej emancypacji, gdzie determinacja bohaterki napędza nie tylko akcję, ale i głębsze refleksje o miejscu jednostki w zbiurokratyzowanym, patriarchalnym świecie. Mimo poważnych tematów – konfliktu pokoleń, społecznych nierówności, walki o autonomię – film zaskakuje tonem: lekkim, ironicznym, przesiąkniętym młodzieńczą energią. Zamiast moralizatorstwa, dostajemy żywe kino, które zostawia przestrzeń na uśmiech, wzruszenie i własną interpretację. Szkoda tylko, że scenariusz momentami sięga po zbyt oczywiste rozwiązania, a niektóre dialogi brzmią zbyt dosłownie, jakby nie do końca ufano inteligencji widza.
Struktura filmu oparta jest na trzech wyraźnych częściach, z których środkowa niestety wytraca tempo. Po znakomitym otwarciu, które dynamicznie wprowadza nas w świat Very i jasno zarysowuje stawkę, akcja zwalnia, skupiając się na postaciach drugoplanowych – w tym Jarrettcie i przedstawicielach branży muzycznej. Choć te wątki poszerzają perspektywę, chwilami odciągają uwagę od głównego tematu i rozbijają emocjonalny rytm opowieści. Na szczęście siłą, która spaja całość, pozostaje znakomita kreacja Mali Emde, budującej postać młodej idealistki z lekkością i wyczuciem – jednocześnie kruchej i zaskakująco silnej. To właśnie jej ekranowa obecność utrzymuje całość w ryzach. I coś mi mówi, że warto zapamiętać nazwisko tej młodej, utalentowanej aktorki!
Ogromnym atutem filmu jest pieczołowita rekonstrukcja realiów epoki – scenografia, kostiumy i zdjęcia z wyczuciem oddają klimat lat 70., nie popadając przy tym w przesadną stylizację. Ulice Kolonii, wnętrza opery, mieszkania bohaterów – wszystko tchnie autentyzmem. Również ścieżka dźwiękowa, choć złożona z utworów inspirowanych jazzem i europejską awangardą, współgra z obrazem i nadaje całości charakterystyczny rytm. Niestety, brak oryginalnego nagrania „Köln Concert” Keitha Jarretta – kluczowego dla całej opowieści – jest bardzo odczuwalny, zwłaszcza w finałowych scenach. Zastąpienie tej ikonicznej muzyki alternatywnym materiałem osłabia kulminację i może rozczarować, zwłaszcza tych widzów, którzy znają wagę i emocjonalny ciężar tamtego koncertu.
„Dziewczyna z Kolonii” to ciepła, pełna energii opowieść o marzeniu, które wydawało się nierealne, a jednak stało się rzeczywistością. Mimo drobnych potknięć i ograniczeń, film broni się autentycznością, szczerością i fenomenalną rolą Mali Emde. Ode mnie solidne 7/10, gorąco zachęcam Was do wizyty w kinie.


