ANIELA, sezon 1

Bałem się tego serialu – i to z całkiem uzasadnionych powodów. Z jednej strony za projektem stali twórcy (Paweł Demirski, Kuba Czekaj, Jakub Piątek), których nazwiska rozbudzają apetyt na coś autorskiego i niebanalnego; z drugiej – pierwsze zwiastuny obiecywały eksces i formalne szaleństwo, które łatwo mogło zamienić się w pastisz. Na szczęście „Aniela” okazuje się czymś więcej niż tylko estetyczną wydmuszką: to przewrotna, mocno stylizowana i na swój oryginalny sposób nieco bezczelna opowieść z charakterem. Choć nie jest wolna od potknięć, wnosi do polskiego krajobrazu serialowego powiew potrzebnej świeżości. Netflix – piękne dzięki za przedpremierowy dostęp do odcinków, pochłonąłem całość na raz, a to mówi samo za siebie.
Tytułowa Aniela (Małgorzata Kożuchowska) to kobieta sukcesu z wyższych sfer, która w wyniku nieoczekiwanego kryzysu finansowego traci cały majątek. Porzucona przez męża (Jacek Poniedziałek) i odcięta od dawnych przywilejów, trafia do mieszkania na warszawskiej Pradze. Tam rozpoczyna nowe życie wśród nieznanych dotąd ludzi – wraz z nimi wikła się w serię absurdalnych zdarzeń, próbując odnaleźć się w świecie, który dotąd był jej obcy.
„Aniela” balansuje między dramatem a groteską, portretując klasowy zjazd jako opowieść nie tylko o rozbrajającym ego, lecz także o utracie złudzeń i poszukiwaniu wolności – upadek głównej bohaterki staje się punktem wyjścia do barwnej historii o dezintegracji statusu i tożsamości. Niestety, z czasem mnożące się wątki – od gangów po trudną młodzież – zaczynają przytłaczać główną narrację. To rozproszenie sprawia, że serial, szczególnie w drugiej połowie, traci spójność i kierunkowe wyczucie: trudno stwierdzić, czy opowiada o upadku, emancypacji, czy może o konflikcie klasowym. Choć początek obiecuje wiele – akcja jest dynamiczna, pełna przewrotnych sytuacji i ironii – finał rozczarowuje swoją zachowawczością. Serial kończy się bez wyraźnego akcentu, jakby bał się pójść o krok dalej.
Ten serial to przede wszystkim FENOMENALNA Małgorzata Kożuchowska. Należę do pokolenia, które pamięta jej znakomite role filmowe sprzed czasów „M jak miłość” i cieszę się, że aktorka otrzymała szansę na przypomnienie nam o swoim wyjątkowym talencie. Stworzyła postać balansującą na granicy karykatury i autentyczności – ekscentryczną, arogancką, a jednocześnie pełną wdzięku. To powrót do formy, który udowadnia, że Kożuchowska potrafi być kimś znacznie więcej niż ikoną mainstreamu. Towarzyszy jej znakomita obsada (m.in. Cezary Pazura, Renata Dancewicz i Jacek Poniedziałek), ale ja szczególnie zakochałem się w podwójnej roli Gabrieli Muskały oraz Filipie Pławiaku, który z gangstera Armaniego tworzy niemal komiksowego antybohatera o złotym sercu.
Humor w „Anieli” jest specyficzny – nie wszystkie żarty trafiają w punkt, ale wiele dialogów błyszczy ironią i celnością społecznych obserwacji. Serial imponuje pod względem realizacyjnym – to jedna z najlepiej dopracowanych wizualnie polskich produkcji ostatnich lat. Warszawa została tu przedstawiona jako przestrzeń przerysowana, barwna, chwilami wręcz oniryczna, co nadaje całości unikalny charakter. Twórcy odważnie eksperymentują z formą: łamią czwartą ścianę (w tych scenach Kożuchowska naprawdę błyszczy), miksują stylistyki, sięgają po teatralne środki wyrazu i estetykę kampu. Towarzyszy temu świetnie dobrana muzyka – od trapu i elektroniki po klasyczne motywy – która idealnie oddaje emocjonalne amplitudy. Momentami jednak serial wpada we własną pułapkę: bywa zbyt przestylizowany, jakby na siłę próbował być modny i progresywny.
Mam też dużo wątpliwości, do kogo tak naprawdę kierowana jest „Aniela”. Trudno uwierzyć, że pierwsze sceny i nazwisko Kożuchowskiej przyciągną młodszych widzów, dla których forma może być zbyt teatralna, a tempo zbyt nierówne. Z kolei starsi odbiorcy mogą poczuć się znużeni nadmiarem wątków młodzieżowych i obecnością świata rapu, który – choć fabularnie uzasadniony – wypada mało wiarygodnie i niepotrzebnie rozciąga narrację. Kluczowe może okazać się też to, czy widz „kupi” główną bohaterkę, bo Aniela nie ułatwia sympatii: jest zimna, egocentryczna, miejscami toksyczna. Jej przemiana – choć wpisana w założenia fabularne – może nie wystarczyć, by przekonać do siebie bardziej empatycznych widzów. Cytując klasyka, „czas pokaże, czas pokaże…”.
„Aniela” nie jest serialem pozbawionym wad – momentami traci rytm, bywa przestylizowana i nieco zagubiona w nadmiarze formy. Mimo to pozostaje jedną z najbardziej oryginalnych i autorskich polskich produkcji ostatnich lat. Świadoma konwencja, odważne zabiegi formalne i brawurowa rola Kożuchowskiej czynią z niej propozycję, obok której trudno przejść obojętnie. Nawet jeśli nie wszystko zagrało, to oglądanie tej jazdy bez trzymanki daje zaskakująco dużo przyjemności. A dla Kożuchowskiej z przyjemnością włączyłbym drugi sezon – ode mnie solidne 7/10.


