BALLERINA. Z UNIWERSUM JOHNA WICKA (BALLERINA), reż. Len Wiseman, 2025

Nie należę do zagorzałych fanów kina akcji, ale jeśli miałbym wskazać cykl, który skutecznie przełamał moje uprzedzenia wobec tego gatunku, byłaby to bez wątpienia saga o Johnie Wicku. Do „Balleriny” – pierwszego pełnometrażowego spin-offu osadzonego w tym samym uniwersum – podchodziłem z ostrożnym sceptycyzmem. Wieści o problematycznej pierwszej wersji filmu, dokrętkach i zabawach na etapie montażu nie nastrajały mnie optymizmem. A jednak, seans okazał się pozytywnym zaskoczeniem. Choć produkcja nie dorównuje klasie oryginalnych odsłon z Keanu Reevesem, oferuje solidną dawkę dynamicznej, bezpretensjonalnej rozrywki – i to takiej, która wyraźnie zapowiada rozwój nowej gałęzi tej franczyzy.

Akcja filmu rozgrywa się pomiędzy wydarzeniami z trzeciej i czwartej części sagi o Johnie Wicku. Główną bohaterką jest Eve (Ana de Armas), młoda zabójczyni wychowana i wyszkolona przez Ruska Romę – tajemniczą organizację łączącą dyscyplinę baletową z brutalną szkołą przetrwania. Kiedy dziewczyna odkrywa, że śmierć jej ojca nie była przypadkiem, rusza tropem zabójców, przemierzając Europę i stopniowo odsłaniając kolejne warstwy przestępczego spisku. Jej osobista vendetta szybko przeradza się w konfrontację z potężniejszymi graczami świata podziemia, w którym nic nie jest tak jednoznaczne, jak się wydaje.

Scenariusz nie należy do najmocniejszych stron tego filmu – choć brak tu rażących błędów, fabuła opiera się na dobrze znanych kliszach. Motyw zemsty za śmierć ojca pełni rolę klasycznego katalizatora akcji, ale nie zostaje pogłębiony ani wzbogacony o nowe znaczenia – to czysta, napędzana gniewem podróż ku konfrontacji. Wątek szkolenia bohaterki w szkole baletowej funkcjonuje raczej jako nawiązanie do pozostałych filmów serii, jego potencjał dramatyczny i symboliczny pozostaje niewykorzystany. Choć choreografia scen walki rzeczywiście przypomina taniec – z rytmem i przemyślaną kompozycją – trudno doszukiwać się w nim odniesień do technik baletowych (a szkoda!). Mimo to sekwencje akcji imponują: zrealizowane z wyczuciem przestrzeni i płynnością, przywołują najlepsze momenty z głównej serii.

O przynależności „Balleriny” do uniwersum Johna Wicka świadczą nie tylko świetne sceny akcji, ale i spójna tożsamość audiowizualna – od charakterystycznych zdjęć, przez pulsującą ścieżkę dźwiękową, po gościnne występy znanych postaci, w tym samego Wicka (Keanu Reeves). Akcja toczy się m.in. w Pradze, Budapeszcie i malowniczej alpejskiej miejscowości – to właśnie tam rozgrywa się moja ulubiona sekwencja scen z miotaczami ognia. Surowa paleta barw, kontrastowe światło i dbałość o detale wzmacniają klimat mroku i zagrożenia. Odmienny pozostaje jednak ton – „Ballerina” niemal całkowicie rezygnuje z czarnego humoru, z którego słynęła ta seria. Tu dominuje powaga, chwilami wręcz posępność, co – moim zdaniem – jest wadą. A wspomniane  zakulisowe ingerencje widoczne są szczególnie w 1. akcie – całe szczęście, że po jego zakończeniu fabuła nabiera rozpędu.

Poza główną bohaterką nie znalazłem tu zbyt wielu interesujących postaci (nawet antagonista grany przez Gabriela Byrne’a wypada blado). Na szczęście film ratuje magnetyzm Any de Armas, która po świetnych występach w „Nie czas umierać” i „Blondynce” znów potwierdza swoją wszechstronność. Aktorka udźwignęła główną rolę, tworząc postać złożoną: precyzyjną i opanowaną, ale też noszącą w sobie nieprzepracowaną traumę. De Armas jest w roli Eve wiarygodna i wyrazista, unika przy tym przesadnej twardości i stereotypowej seksualizacji. To jedna z najbardziej przekonujących kobiecych bohaterek kina akcji ostatnich lat – nie tylko w ramach serii, ale i w szerszym kontekście gatunku.

„Ballerina” nie sprawia wrażenia przypadkowego dodatku, lecz naturalnego rozszerzenia uniwersum Johna Wicka – opowieści zakorzenionej w jego estetyce, rytmie i zasadach, a zarazem przedstawionej z kobiecej perspektywy. Choć film nie jest pozbawiony wad, oferuje satysfakcjonującą dawkę stylowej akcji i wizualnego kunsztu. Ode mnie 6,5/10 – nie wszystko zagrało, ale bawiłem się zaskakująco dobrze.