SURFER (THE SURFER), reż. Lorcan Finnegan, 2024

Odkąd Nicolas Cage stał się internetowym fenomenem, jego kolejne ekranowe wcielenia dla wielu widzów stanowią jedynie materiał do tworzenia nowych memów. Skłonność aktora do grania na granicy histerii – z pełnym oddaniem i bez cienia ironii – od lat dzieli publiczność: jedni dostrzegają w tym ekscentryczny geniusz, inni – karykaturę aktorstwa. Sam nie zaliczam się ani do jego zagorzałych wielbicieli, ani do przeciwników, lecz muszę uczciwie przyznać, że jego ostatnie występy – w RENFIELDZIE, LONGLEGS czy DREAM SCENARIO – miały w sobie coś hipnotyzującego. Teraz na ekrany polskich kin wchodzi SURFER, najnowszy film Lorcana Finnegana, w którym Cage po raz kolejny przekracza własne granice. Choć łatwo byłoby go zbyć ironicznym uśmiechem, tym razem warto się zatrzymać: SURFER to jeden z najbardziej oryginalnych i niepokojących filmów tej wiosny – a być może także najbardziej niedocenianych.

Były surfer (Nicolas Cage) powraca po latach na rajską plażę swojej młodości, marząc o tym, by spędzić z synem spokojny weekend. Jednak zamiast nostalgicznej podróży w przeszłość, czeka go konfrontacja z grupą lokalnych surferów – terytorialnych, agresywnych i zdeterminowanych, by bronić „swojej” plaży przed każdym intruzem. W obliczu ich otwartej wrogości ojciec, nie chcąc utracić autorytetu w oczach syna, decyduje się stawić czoła sytuacji. Błahe spięcie szybko przeradza się w otwarty konflikt. Skąpana w australijskim słońcu plaża przestaje być wakacyjnym azylem, a staje się klaustrofobiczną, niemal halucynacyjną areną psychicznej rozgrywki. Jedynym wyjściem z tej pułapki okazuje się brutalna konfrontacja z niepisanym, lecz bezwzględnym kodeksem lokalnych „strażników raju”.

Żaden opis fabularny nie jest w stanie przygotować widza na to, z czym rzeczywiście zetknie się podczas seansu. SURFER to gatunkowa chimera – film, w którym thriller psychologiczny miesza się z dramatem egzystencjalnym, podszytym czarnym humorem i nielinearną narracją rodem z kina typu mindfuck movies. Pod powierzchnią pozornie prostego konfliktu kryje się zaskakująco gęsta siatka znaczeń. Dla jednych będzie to metafora współczesnego kryzysu męskości i wiwisekcja relacji ojciec–syn, dla innych – alegoria społecznych podziałów, krytyka kapitalistycznego modelu wykluczania oraz portret przemocy zakorzenionej w strukturach dominacji. Finnegan nie podaje interpretacji na tacy, ale celowo pozostawia widza w stanie intelektualnego niepokoju. I właśnie ta wieloznaczność, to zaproszenie do odczytań i przemyśleń, czynią ten obraz jedną z najciekawszych kinowych premier tej wiosny.

Kreacja Nicolasa Cage’a balansuje na granicy szaleństwa i egzystencjalnego rozpadu. Aktor z imponującą intensywnością oddaje narastającą frustrację, paranoję i desperację swojego bohatera, który stopniowo traci kontakt z rzeczywistością. Trudno oderwać wzrok od jego ekranowej obecności, niezależnie od tego, czy wygłasza pozornie absurdalne monologi filozoficzne, czy wdaje się w emocjonalne utarczki z miejscowymi nastolatkami. Jego charakterystyczna, momentami kampowa ekspresja idealnie współgra z metaforycznym, niemal halucynacyjnym tonem filmu. Ten surrealny klimat znajduje swoje przedłużenie w warstwie wizualnej. Znakomite zdjęcia autorstwa Radosława Ładczuka – polskiego operatora znanego choćby z SALI SAMOBÓJCÓW czy THE BABADOOK – tętnią kontrastami: słoneczna, idylliczna plaża zostaje przekształcona w duszną przestrzeń izolacji i opresji. Jaskrawe kolory, celowe zbliżenia i niespokojny montaż potęgują uczucie dyskomfortu i klaustrofobii. Całość dopełnia niepokojąca ścieżka dźwiękowa – minimalistyczna, oparta na momentach ciszy i psychodelicznych szumach, przypominająca muzyczne eksperymenty z filmów Lyncha. To właśnie dźwięk i obraz stają się głównymi narzędziami kreowania atmosfery, w której granice między rzeczywistością a obłędem zacierają się z minuty na minutę.

Charakterystyczna stylistyka SURFERA z pewnością podzieli widzów. Przestylizowane ujęcia, przerysowane dialogi i momentami zbyt ekspresyjna gra Cage’a sprawiają, że film nieustannie balansuje na cienkiej granicy między artystycznym eksperymentem a autoparodią. Dla widzów nieoswojonych z estetyką kina niezależnego obraz Finnegana może okazać się zbyt hermetyczny, a wręcz pretensjonalny – jakby forma i symboliczne znaczenia miały większe znaczenie niż fabularna spójność. Narracja ograniczona do jednej scenerii – plaży i przyległego parkingu – nadaje całości ascetycznego, niemal teatralnego charakteru. To zabieg, który może urzec miłośników filmów formalnych, lecz dla bardziej konwencjonalnego odbiorcy będzie stanowił poważne wyzwanie. Osobiście największym zgrzytem okazał się dla mnie brak klasycznej struktury dramatycznej – fabuła, mimo intensywnego początku, przez większą część filmu nie rozwija się w kierunku kulminacji, pozostając w stanie zawieszenia. Choć może to być zabieg celowy, pogłębiający atmosferę uwięzienia, w praktyce osłabia dramaturgiczną siłę opowieści.

Finnegan stworzył dzieło, które świadomie wymyka się schematom, kierując swój przekaz do widzów otwartych na eksperymenty narracyjne i estetyczne. To kino autorskie z wyraźnym ukłonem w stronę publiczności festiwalowej i miłośników postmodernistycznych opowieści. Dla fanów Nicolasa Cage’a i nieoczywistego, metaforycznego storytellingu będzie to fascynująca podróż – dla innych może stanowić próbę cierpliwości, momentami niezrozumiałą i nużącą. Niezależnie od odbioru, jedno jest pewne: ten film nie pozostawia obojętnym, a to już w dzisiejszym kinie wartość sama w sobie. Za oryginalność, bezkompromisowość i artystyczną odwagę – ode mnie solidne 6,5/10.