BOGINI PARTENOPE (PARTHENOPE), reż. Paolo Sorrentino, 2024

Jeśli czytacie mnie od dawna, to zapewne wiecie, że od zawsze mam problem z filmami Sorrentino. Produkcje Włocha zachwycają mnie pod względem audiowizualnym, ale jednocześnie nie potrafią zaangażować mnie emocjonalnie – pretensjonalne refleksje rodem z twórczości Coelho działają na mnie jak płachta na byka. Nie inaczej jest w przypadku recenzowanego dziś obrazu. Po seansie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Sorrentino kręci wciąż ten sam film – BOGINI PARTENOPE czerpie pełnymi garściami z jego wcześniejszych dzieł, zwłaszcza z MŁODOŚCI i WIELKIEGO PIĘKNA, w których również kontemplował nad młodością i starością, eksplorując esencję ludzkiego doświadczenia, nastrojowy przepych oraz relację między tym, co ulotne, a tym, co wieczne. Fani twórczości reżysera dostaną w kinie dokładnie to, czego oczekiwali, natomiast mnie pozostaje jedynie podzielić się moimi ambiwalentnymi odczuciami w tej recenzji.

Fabuła koncentruje się na życiu tytułowej Partenope (Celeste Dalla Porta), kobiety obdarzonej niezwykłą urodą, której historia rozciąga się od jej narodzin w 1950 roku aż po współczesność. Jako młoda dziewczyna dorasta na malowniczej wyspie Capri, gdzie przyciąga spojrzenia i wzbudza fascynację otaczających ją mężczyzn – w tym własnego brata, amerykańskiego pisarza oraz wpływowego kardynała. Jej historia nie podąża klasycznym, linearnym torem – to raczej seria impresji i momentów, które układają się w poetycką, choć fragmentaryczną opowieść o kobiecej tożsamości i poszukiwaniu własnej drogi.

BOGINI PARTENOPE to kolejna wariacja Sorrentino na temat piękna, przemijania i melancholii. Film jest przesycony nostalgią, koncentrując się na ulotności wspomnień oraz pięknie młodości, ale brakuje mu dramaturgii i emocjonalnej głębi. Snując swą refleksyjną opowieść, reżyser unika tradycyjnych fabularnych struktur – zamiast rozwijać dramatyczne wątki, skupia się na nastroju i estetyce. To kino wymagające cierpliwości i wrażliwości na detale, ponieważ nie oferuje klarownej narracji ani spektakularnych zwrotów akcji. Oglądanie filmu można porównać do intymnego doświadczenia, przypominającego przeglądanie albumu ze starymi fotografiami – pełnego pięknych obrazów, ale pozbawionego narracyjnej spójności. Powolne tempo, brak wyrazistego konfliktu i klasycznej struktury fabularnej mogą jednak sprawić, że seans wyda się nużący, a poszczególne sceny będą odbierane bardziej jako artystyczne impresje niż rzeczywista, angażująca opowieść.

Najmocniejszym elementem filmu jest bez wątpienia aktorstwo Celeste Dalla Porty – jej debiut na długo zapadnie w pamięć. Kamera często zatrzymuje się na jej twarzy, wychwytując subtelne zmiany w mimice i gestach, które budują intymny, zmysłowy charakter narracji. Jej uroda oraz sposób, w jaki reżyser ją ukazuje, sprawiają, że Partenope staje się niemal mityczną figurą – kobietą-legendą, która przyciąga spojrzenia i inspiruje, ale jednocześnie pozostaje nieuchwytna. Bohaterka balansuje między rolą muzy a obserwatorki, między niezależnością a oczekiwaniami narzucanymi przez męskie spojrzenie, co nadaje jej postaci niejednoznaczności. Jednak ta wieloznaczność ma swoją cenę – momentami Partenope wydaje się bardziej symbolem niż pełnokrwistą bohaterką z wyraźnie zarysowanym wewnętrznym światem. Jej ekranowa obecność hipnotyzuje, ale tym bardziej rozczarowuje fakt, że odgrywana przez nią postać nie została dostatecznie rozwinięta. Łatwo ją podziwiać, trudniej natomiast zrozumieć czy utożsamić się z jej emocjami.

Bohaterem filmu jest także Neapol – miasto pełne kontrastów, tętniące życiem, ale jednocześnie skąpane w melancholii, gdzie piękno splata się z dekadencją, tworząc unikalną, poetycką scenerię dla opowieści o przemijaniu i poszukiwaniu tożsamości. Sorrentino operuje obrazem w sposób, który sprawia, że jego kino staje się niemal hipnotyzującym doświadczeniem – każde ujęcie jest starannie wykadrowane i dopracowane w najmniejszych detalach, oddając atmosferę Neapolu i śródziemnomorskiego krajobrazu z malarską precyzją. Gra światła, nasycenie barw oraz mistrzowska kompozycja kadrów sprawiają, że każda scena przypomina osobne dzieło sztuki, emanujące nostalgią i kontemplacją. Oniryczny charakter zdjęć nadaje filmowi specyficzny rytm – to bardziej audiowizualna symfonia niż klasyczna narracja, co może być zarówno jego siłą, jak i słabością. Oglądanie filmu jest przyjemnością dla oka, ale jednocześnie rodzi pytanie, czy wizualny przepych nie przytłacza samej treści, spychając ją na dalszy plan.

Mam też pewien problem z tym, jak reżyser przedstawia kobiety – Partenope często wydaje się jedynie pięknym obiektem męskiej adoracji, a jej życie i emocje są definiowane przez spojrzenia otaczających ją mężczyzn. Mimo że film nie jest otwarcie mizoginistyczny, momentami można odnieść wrażenie, że wpisuje się w pewne stereotypy, co może budzić dyskomfort u części widzów. Bohaterka rzadko przejmuje inicjatywę, a jej losy są kształtowane głównie przez męskie postacie, co sprawia, że brakuje jej pełnowymiarowej podmiotowości. Warto również wspomnieć o kontrowersjach, jakie wywołał film we Włoszech – jedna ze scen, odnosząca się do cudu krwi św. Januarego, wzbudziła oburzenie wśród duchownych i części opinii publicznej. Wizerunek kardynała oraz jego relacja z protagonistką zostały uznane przez niektórych za obrazoburcze, a Sorrentino ponownie znalazł się w ogniu krytyki za swój stosunek do sacrum. Nie jest to pierwszy raz, gdy reżyser igra z symboliką religijną, ale w tym przypadku reakcje były wyjątkowo silne, co ponownie otworzyło dyskusję na temat jego podejścia do wiary i tradycji.

Choć Sorrentino ponownie serwuje wizualnie imponujące kino, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego narracyjne poszukiwania nie prowadzą w nowe rejony, a jedynie krążą wokół tych samych motywów. To klasyczny Sorrentino – pełen estetycznego przepychu, lecz przewidywalny pod względem treści. Dlatego oceniam go podobnie jak jego poprzednie filmy – ode mnie 6,5/10.