MAŁPA (THE MONKEY), reż. Osgood Perkins, 2025

Osgood Perkins konsekwentnie umacnia swoją pozycję jako jeden z najbardziej nieoczywistych twórców współczesnego kina grozy. Jeszcze kilka miesięcy temu zachwycaliśmy się jego KODEM ZŁA (LONGLEGS – recenzja tutaj), a tymczasem od wczoraj w polskich kinach możemy oglądać jego najnowszy film. MAŁPA to adaptacja opowiadania Stephena Kinga ze zbioru SZKIELETOWA ZAŁOGA (1985), która znacząco różni się od dotychczasowych produkcji Perkinsa. Obraz w wyjątkowy sposób łączy elementy grozy z czarnym humorem, co czyni go – w pewnym sensie – najbardziej przystępnym filmem w jego dorobku: bardziej fabularnym, skoncentrowanym na bohaterach i zdecydowanie mniej eksperymentalnym. Muszę przyznać, że seans mocno mnie zaskoczył!
Historia koncentruje się na dwóch braciach, Hallu i Billu (w obu rolach świetnie sprawdza się Theo James), którzy po latach wracają wspomnieniami do dzieciństwa. To właśnie wtedy znaleźli w rzeczach swojego ojca tajemniczą mechaniczną małpkę. Początkowo wydawała się zwykłą zabawką, ale szybko odkryli, że każdy jej ruch wiąże się z niewyjaśnioną tragedią. Gdy uświadamiają sobie tę zależność, ich życie zamienia się w nieustanną walkę z niewidzialną siłą, która stopniowo przejmuje nad nimi kontrolę. Po latach Hall, już jako dorosły mężczyzna, postanawia raz na zawsze rozwikłać zagadkę przeklętej zabawki. Jednak im głębiej zanurza się w przeszłość, tym bardziej przekonuje się, że pewnych sił nie da się oszukać ani powstrzymać.
MAŁPA to oryginalna opowieść o dziecięcej traumie i cienkiej granicy między przypadkiem a przeznaczeniem. W miarę jak Hall próbuje rozwikłać tajemnicę, zaczyna dostrzegać, że przeszłość nigdy tak naprawdę go nie opuściła – a im bardziej stara się od niej uwolnić, tym mocniej zostaje w nią uwikłany. To także film o sile rodzinnych więzi, o dziedzictwie, które nie zawsze jest błogosławieństwem, i o desperackich próbach ucieczki przed losem. Przeklęta zabawka staje się symbolem fatum – czymś, co nieustannie towarzyszy bohaterom, przypominając o nieodwracalnych konsekwencjach przeszłości. Tym razem Perkins rezygnuje z onirycznej, powolnej narracji na rzecz bardziej klasycznej struktury i wyraźniejszej dramaturgii, nie tracąc przy tym swojej charakterystycznej dusznej, niepokojącej atmosfery. Efekty są naprawdę intrygujące!
Jednym z największych atutów filmu jest jego klimat. Fani gore i czarnego humoru będą zachwyceni – sekwencje śmierci kolejnych postaci są przedstawione w tak kreatywny i absurdalny sposób, że podczas ich oglądania trudno się nie śmiać. Przyznam, że spodziewając się przerażającej historii w stylu KODU ZŁA, początkowo byłem nieco zdezorientowany, ale szybko dałem się porwać tej szalonej konwencji. Choć MAŁPA częściej przypomina czarną komedię niż horror, Perkins doskonale buduje atmosferę – każda scena pulsuje podskórnym niepokojem, a nawet gdy na ekranie pozornie nic się nie dzieje, widz czuje rosnącą presję. Reżyser umiejętnie wciąga odbiorców w hipnotyczny, niepokojący świat, w którym groza rodzi się z narastającego poczucia nieuchronności. Film trwa nieco ponad 90 minut – i jest to idealny czas dla tej historii.
Theo James znakomicie radzi sobie w podwójnej roli – Bill i Hall sprawiają wrażenie kompletnie różnych postaci, co świadczy o świetnie wykonanym zadaniu aktorskim. Na ekranie w ciekawych epizodach pojawiają się także Elijah Wood i Tatiana Maslany. Gdzie wady – zapytacie. Cóż, główni bohaterowie momentami wydają się zbyt jednowymiarowi, a niektóre wątki – zwłaszcza te dotyczące relacji między braćmi i ich stosunku do przeszłości – mogłyby zostać bardziej rozwinięte. Część widzów może też uznać, że film zbyt mocno opiera się na powierzchownym humorze i groteskowej przemocy, a to, jak wiadomo, ma tyle samo zwolenników, co przeciwników.
MAŁPA wyróżnia się oryginalnością – jeśli lubicie szalone, nieprzewidywalne historie z solidną dawką czarnego humoru, seans na pewno was usatysfakcjonuje. Ode mnie 7/10.


