I’M STILL HERE (AINDA ESTOU AQUI), reż. Walter Salles, 2024

Jednym z największych zaskoczeń tegorocznej gali Złotych Globów było przyznanie nagrody dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej w dramacie Fernandzie Torres. Brazylijska aktorka pokonała w tej kategorii m.in. Angelinę Jolie (MARIA CALLAS), Pamelę Anderson (THE LAST SHOWGIRL) i Nicole Kidman (BABYGIRL). Na kolejne wyróżnienia dla filmu nie trzeba było długo czekać – dzieło Waltera Sallesa zdobyło ostatecznie trzy nominacje do Oscarów. Dzięki dystrybucji United International Pictures Sp. z o.o. od wczoraj film można oglądać także w polskich kinach. Jako że każdego roku staram się obejrzeć wszystkie produkcje nominowane do Oscarów (o ile są legalnie dostępne), dziś wybrałem się na seans ostatniego z tytułów walczących o statuetkę w głównej kategorii. Oto moje wrażenia.

Historia koncentruje się na Eunice Paivie (Fernanda Torres), której życie w Rio de Janeiro początkowo toczy się w pozornym spokoju, mimo narastającego napięcia politycznego. Wszystko zmienia się, gdy jej mąż, Rubens (Selton Mello), były kongresmen, zostaje wezwany na przesłuchanie i już z niego nie wraca. Niedługo później Eunice trafia do aresztu, gdzie przez 12 dni jest poddawana brutalnym naciskom, by wydać swoich przyjaciół i współpracowników oskarżonych o lewicowe sympatie. Po odzyskaniu wolności nie zamierza się poddać – za wszelką cenę stara się odkryć prawdę o losie swojego męża.

Film oparty jest na książce Marcelo Rubensa Paivy, syna Eunice i Rubensa, i koncentruje się na wydarzeniach z lat 70., gdy brazylijska dyktatura brutalnie tłumiła opozycję polityczną, a represje dotykały setek rodzin. Salles doskonale oddaje atmosferę tamtego okresu, ukazując zarówno malownicze Rio de Janeiro, jak i jego mroczne zakamarki naznaczone represyjną polityką reżimu wojskowego. Reżyser podchodzi do tematu z dojrzałością i wrażliwością, umiejętnie budując napięcie bez uciekania się do przesadnego dramatyzmu czy epatowania przemocą. Widzowie mniej zaznajomieni z historią Brazylii mogą jednak czuć się nieco zagubieni – osobiście uważam, że film mógł mocniej zaakcentować brutalność ówczesnych represji, by jeszcze dobitniej oddać realia tamtej epoki.

Sercem filmu jest znakomita kreacja Fernandy Torres, która mistrzowsko oddaje transformację Eunice – od przerażonej żony i matki po silną, niezłomną bojowniczkę o prawdę. Aktorka z niezwykłą subtelnością i autentycznością portretuje dramat jednostki mierzącej się z bezduszną machiną opresji. To rola pełna emocji i niuansów, idealnie współgrająca z wyważonym stylem narracji Sallesa. Skupiając się na losach Eunice, twórcy zdołali stworzyć film, który bardziej niż dramat polityczny przypomina przejmującą opowieść o rodzinie, stracie i determinacji w walce o prawdę. Historia Eunice Paivy porusza i inspiruje, ale warto odnotować, ze nie ma w niej nieoczekiwanych zwrotów akcji czy narracyjnych zaskoczeń.

Jestem przekonany, że film podzieli widzów – podczas gdy jedni będą narzekać na zbyt powolne tempo i ostrożność w ukazywaniu okrucieństw reżimu, inni docenią subtelną symbolikę i realizm opowieści. Ja plasuję się gdzieś pośrodku – film mnie poruszył, ale nie ukrywam, że miałem wobec niego większe oczekiwania. To ważny i solidnie zrealizowany film, ale daleko mu do poziomu, który zapewniłby mu miejsce wśród najwybitniejszych produkcji roku. Ode mnie 7/10.