THE BRUTALIST, reż. Brady Corbet, 2024

Czy oglądaliście DZIECIŃSTWO WODZA? Film miał swoją polską premierę kinową w 2016 roku, a ja zapamiętałem go całkiem dobrze, bo był to jeden z lepszych (o ile nie najlepszy) reżyserskich debiutów tamtego roku. Ukazując dorastanie chłopca, który w przyszłości stał się dyktatorem, Corbet już wtedy dał się zapamiętać jako twórca, którego fascynują mechanizmy władzy i wpływ społeczeństwa na jednostkę. W THE BRUTALIST reżyser kontynuuje te wątki, skupiając się dodatkowo na ambicjach i kompromisach, na które – w konfrontacji z bezlitosną rzeczywistością – muszą zgadzać się artyści. Brzmi ambitnie, prawda? Dodajcie do tego monumentalną scenerię brutalistycznej architektury, a potem unieście brwi lub ironicznie się uśmiechnijcie – to nie mogło się udać. A jednak się udało!
Fabuła filmu skupia się na losach László Tótha (Adrien Brody), który wraz z żoną Erzsébet (Felicity Jones) stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości Ameryki po II wojnie światowej. Gdy na ich drodze staje tajemniczy i majętny przemysłowiec Harrison Lee Van Buren (Guy Pearce), ich życie ulega znaczącej zmianie. Zafascynowany architektonicznym talentem László, Harrison oferuje mu możliwość zaprojektowania ogromnego centrum kulturalnego. Tóth zgadza się, a to spowoduje, że od tego momentu zacznie zmagać się z licznymi dylematami związanymi ze swą artystyczną integralnością i wyznawanymi wartościami.
Idąc na przekór głównego nurtu poruszanego przez amerykańskich twórców, Corbet dekonstruuje mit tzw. „american dream”. Jakże symboliczna jest scena odwróconego obrazu Statuy Wolności, która już na samym początku filmu podkreśla iluzoryczne aspekty i przewrotność obietnic nowego świata. Reżyser nie szczędzi nam refleksji nad losem imigrantów, artystów i wizjonerów, którzy często muszą zmagać się z brutalną rzeczywistością kapitalistycznego społeczeństwa. To jednak tylko jeden z poruszonych motywów, THE BRUTALIST jest filmem tak wielowymiarowym, że nawet najlepiej napisana recenzja nie zdoła w pełni oddać tego, co widzi się na ekranie. Podział filmu na rozdziały oraz bogactwo wątków i motywów nadają narracji epicki charakter, tu niemal każdy kadr krzyczy do nas z przesłaniem, że oglądamy film ważny i ambitny! I choć nie przepadam za tego typu filmową estetyką, tak w przypadku tej produkcji grzecznie słuchałem się Corbeta i przez cały seans siedziałem jak zahipnotyzowany.
Widniejący na plakacie filmu epitet „MONUMENTALNY” mówi o tym filmie wszystko. Trzeba przyznać, że to chyba pierwszy w historii kina film, który tak spójnie łączy treść i formę. Corbet w precyzyjny sposób przenosi tytułowy brutalizm na język filmowy, w wyniku czego otrzymujemy dzieło o imponującej strukturze i estetyce. Obraz wykorzystuje chłodne, minimalistyczne i kanciaste kompozycje, które oddają charakterystyczną dla tego stylu prostotę, a zarazem tworzą atmosferę intensywności i napięcia. Wykorzystanie betonu, metalu oraz przestrzeni ma także swoje odbicie w sposobie, w jaki film jest skonstruowany wizualnie, z naciskiem na złożoność emocji i psychologii postaci. Tym samym brutalistyczna architektura nie jest tu tylko tłem, ale stanowi ważny symbol – Corbet używa jej do wyrażenia tematów alienacji, konformizmu i nieuchronności przed tym, co najgorsze.
Surowość formy, statyczne ujęcia, stonowane kolory, wreszcie ascetyczny charakter – wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w historii László. Kadry podkreślają skalę architektonicznych przedsięwzięć głównego bohatera, a podniosła muzyka Daniela Blumberga, pełna dysonansów i niepokojących tonów, jedynie potęguje uczucie niepokoju. Opisując tę niezwykłą strukturę warto wspomnieć też, że film został nakręcony na taśmie 70 mm – ze względu na kosztowną produkcję i techniczne wyzwania związane z używaniem takiego formatu, filmy kręcone na taśmie 70 mm są dziś rzadkością, a ich prezentacja na dużych ekranach może stanowić prawdziwą atrakcję dla kinomanów. Ogromny wpływ na epicki charakter filmu ma także jego długość – choć trwa ponad trzy godziny, narracja pozostaje angażująca, a wprowadzenie przerwy pozwala na chwilę wytchnienia (błagam, niech tego typu przerwy staną się nowym standardem!).
Spokojnie, to nie jest jeden z tych filmów, w których forma dominuje nad treścią. Nie byłoby się czym zachwycać, gdyby nie znakomity scenariusz, który sprawia, że THE BRUTALIST nie jest jedynie opowieścią o brutalistycznej architekturze, ale także o ludzkiej kondycji, przemianach i traumach. Adrien Brody w roli László, ukazując bohatera jako człowieka rozdartego między pasją twórczą a realiami życia na emigracji, prezentuje jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Prawdziwymi perełkami są tu też role Felicity Jones oraz Guya Pearce’a – podczas gdy Jones wnosi na ekran niecodzienny miks eteryczności i kobiecej siły, Pearce tworzy fascynujący portret człowieka sukcesu, za którego pozorną charyzmą kryje się więcek, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Dużo tu niuansów i smaczków, o charakterze scen często decydują detale, żaden z aktorów nie zagrywa się w swej roli. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem!
Wiele wskazuje na to, że THE BRUTALIST zdobędzie Oscara za najlepszy film – jeśli tak się stanie, nie pogniewam się na Akademię. Brady Corbet dowiódł, że jest twórcą o wyjątkowej wizji artystycznej i może być pewien, że jego obraz zapisze się na stałe w historii kinematografii. Ale czy na pewno mamy do czynienia z arcydziełem? Nie wiem, byłbym ostrożny z określaniem go tym mianem, czas wszystko zweryfikuje. Na chwilę obecną wiem, że to po prostu bardzo dobry film, 8/10.


