MARIA CALLAS (MARIA), reż. Pablo Larraín, 2024

Pablo Larraín przyzwyczaił nas do filmowych opowieści o kobietach, których losy naznaczyły dramaty i samotność. Po kameralnej, nieco teatralnej JACKIE i nastrojowej SPENCER, chilijski reżyser po raz kolejny portretuje ikonę XX wieku, tym razem jest nią operowa diva, Maria Callas. Podobnie jak w przypadku portretów Jacqueline Kennedy i księżnej Diany, Larraín nie jest zainteresowany standardową biografistyką, lecz skupia się na ukazaniu emocjonalnych rozterek swojej bohaterki. Czy udało mu się oddać skomplikowaną naturę artystki? Cóż, według mnie nie do końca.

Film koncentruje się na ostatnich latach życia Marii Callas (Angelina Jolie), przedstawiając ją jako kobietę zniszczoną przez miłość, osamotnienie i obsesyjnie pielęgnowaną legendę swojego niesamowitego głosu. Reżyser rezygnuje z konwencjonalnej biografii na rzecz impresjonistycznej opowieści, rozgrywającej się głównie w apartamencie Callas w Paryżu. To właśnie tam artystka wspomina kluczowe wydarzenia ze swego barwnego życia.

To film, który wnikliwie ukazuje cenę sukcesu – na przykładzie Callas możemy zobaczyć, jak obsesyjne dążenie do perfekcji potrafi zatrzeć granicę między sztuką a prywatnym życiem, czyniąc z człowieka więźnia własnej legendy. Choć Larraín mistrzowsko portretuje emocjonalne spektrum swojej bohaterki, jego film nie wnosi nowego spojrzenia na legendę Marii, pozostając wierny melancholijnemu tonowi zamiast odkrywać mniej znane aspekty jej życia. Brak napięcia i wyrazistego punktu kulminacyjnego sprawia, że obraz, mimo swojej wizualnej maestrii, nie angażuje tak, jak można by tego oczekiwać.

Narracja balansuje tu na granicy jawy i snu, mieszając wspomnienia z fantazjami bohaterki. Artystka nieustannie rozpamiętuje przeszłość, oddając się wyobrażeniom, które nadają filmowi oryginalny, oniryczny charakter. I choć film bardzo płynnie przechodzi między rzeczywistością a wspomnieniami, ta specyficzna stylistyka sprawia, że trudno nawiązać emocjonalną więź z bohaterką – jej wizerunek oscyluje między postacią tragiczną a egocentryczną diwą skupioną na własnych przeżyciach. Nadmiar poetyckich środków wyrazu, egzaltacji i patosu sprawia, że produkcja momentami wydaje się bardziej stylizowaną wizją niż autentycznym portretem artystki.

Za niewątpliwe zalety filmu należy uznać wybitne zdjęcia Edwarda Lachmana oraz znakomitą kreację aktorską Angeliny Jolie. Aktorka przedstawia Callas jako postać pełną melancholii i wewnętrznego bólu, jej interpretacja jest oszczędna, momentami wręcz ascetyczna – w pełni spójna z koncepcją filmu. Co ważne, Jolie udaje się uniknąć przesady i zachować swoją aktorską autonomię. Na drugim planie pojawiają się m.in. Pierfrancesco Favino, Haluk Bilginer, Alba Rohrwacher oraz Kodi Smit-McPhee, ale żadna z tych ról nie odgrywa istotnego znaczenia dla fabuły, należy je traktować raczej jako epizody.

Podsumowując, forma zdecydowanie wygrywa tu z treścią, liczyłem na więcej. Ode mnie 6,5/10.