KOMPLETNIE NIEZNANY (A COMPLETE UNKNOWN), reż. James Mangold, 2024

Po kilkuletniej przygodzie z reżyserią widowiskowych blockbusterów (m.in. WOLVERINE, LE MANS ’66), James Mangold postanowił nakręcić biograficzną opowieść o jednej z najbardziej enigmatycznych postaci w historii muzyki. Jego najnowsza produkcja polaryzuje widzów – podczas gdy jedni doceniają subtelną narrację i psychologiczną głębię, inni zarzucają mu rozwlekłość i brak wyrazistej puenty. Rozbieżność opinii wcale mnie nie dziwi – w czasie seansu kilkukrotnie zmieniałem zdanie o filmie, a po obejrzeniu całości wiedziałem tylko tyle, że… muszę się z tym przespać. Cóż, Mangold po raz kolejny udowadnia, że potrafi tworzyć produkcje wykraczające poza schematy. I choć nie każdy widz odnajdzie się w tej nietypowej narracji, trudno odmówić filmowi pewnego magnetyzmu. A 8 nominacji do Oscarów nie jest tu przypadkowe.
Fabuła skupia się na życiu i twórczości Boba Dylana (Timothée Chalamet), ukazując jego ewolucję artystyczną oraz wpływ na kolejne pokolenia muzyków i słuchaczy. Mangold przedstawia Dylana jako postać wielowymiarową, pełną sprzeczności i tajemnic. Film skupia się na różnych etapach życia artysty, oddając hołd jego niezwykłemu sposobowi bycia i nieustannemu poszukiwaniu własnej tożsamości.
KOMPLETNIE NIEZNANY nie spełni oczekiwań fanów klasycznych biografii muzycznych, to film artystyczny, który stawia na bardziej impresjonistyczne spojrzenie na temat. Muzyki jest tu naprawdę dużo (są i tacy, którzy twierdzą, że jest jej zbyt dużo), teksty utworów Dylana mogą nabrać zupełnie nowego znaczenia, ale nie jest to obraz, z którego dowiecie się czegoś nowego o życiu artysty. Film nie podąża standardową, liniową ścieżką biograficzną, życie muzyka zostaje przedstawione w sposób fragmentaryczny i… poetycki? Całość sprawia wrażenie, jakby reżyser bawił się konwencją biograficznego filmu muzycznego, pozostawiając widza w stanie niepewności co do tego, ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile artystycznej interpretacji.
Jednym z największych atutów filmu jest jego atmosfera – Mangold umiejętnie buduje klimat i w pełni oddaje ducha epoki oraz styl życia Dylana. Świetnie dobrane utwory i dynamicznie nakręcone sceny koncertowe pozwalają widzom przenieść się w czasie i niemal poczuć te same emocje, które towarzyszyły fanom artysty podczas jego koncertów. Pewną wadą jest tu jednak tempo narracji, które dla wielu widzów może okazać się zbyt powolne – podczas pierwszej połowy filmu sam przyłapałem się na myśleniu o tym, że gdybym oglądał film na swojej wygodnej kanapie, to pewnie wybrałbym wycieczkę w objęcia Morfeusza. I choć obecnie nie wyobrażam sobie filmu bez jego pierwszej, nudniejszej części, to jednak wciąż uważam, że wiele scen zostało źle nakręconych, przez co sprawiają wrażenie nieco wydłużonych, tak jakby Mangold celowo unikał jasnych konkluzji.
Timothée Chalamet ponownie udowadnia, że doskonale odnajduje się w rolach postaci pełnych wewnętrznych konfliktów – jego interpretacja młodego Dylana jest zarazem autentyczna i hipnotyzująca. To bez wątpienia najbardziej manieryczna ze wszystkich jego dotychczasowych ról, ale moim zdaniem poradził sobie bezbłędnie! Warto odnotować, że Chalamet samodzielnie wykonał wszystkie utwory (nie tylko śpiewał, ale także grał na gitarze i harmonijce), podczas kręcenia filmu aktor wykonał na żywo około 40 piosenek Dylana. Na ekranie partnerują mu m.in. Elle Fanning i Monica Barbaro, laury za swój drugoplanowy występ zbiera też Edward Norton, a tymczasem ja nie mogłem pozbierać szczęki z podłogi na widok Boyda Holbrooka w roli Johnny’ego Casha. Jeśli miałbym wskazać najmocniejszy element filmu, byłaby nim właśnie znakomita obsada.
KOMPLETNIE NIEZNANY budzi też kontrowersje z uwagi na swój finał, który wydaje się bardziej refleksją niż faktycznym zamknięciem opowieści. A to znów prowadzi do dualizmu w opiniach – jedni pieją z zachwytu i podkreślają, że film nie narzuca widzowi gotowych odpowiedzi, pozostawiając przestrzeń do interpretacji i własnych przemyśleń na temat tożsamości oraz ewolucji artystycznej, drudzy są sfrustrowani i wściekli, że obraz nie odpowiada na pytania, które wcześniej sam zadaje. Ja stoję gdzieś pośrodku – Mangold nie podaje odpowiedzi na tacy i godzi się na to, że nie spełni oczekiwań każdego widza. No cóż, taki to film.
Podsumowując, to produkcja, która pozostawia ślad w pamięci, nawet jeśli nie oferuje jednoznacznych wniosków. Ode mnie 7/10.


