BABYGIRL, reż. Halina Reijn, 2024

Zabawna historia z tym BABYGIRL – podczas gdy jedni uznają go za odważne studium złożoności ludzkich pragnień, inni z uśmiechem na twarzy stwierdzą, że to typowa produkcja spod znaku guilty pleasure. Ja ustawię się gdzieś pośrodku. Bo choć jestem w pełni świadomy wszystkich wad filmu, to okazał się on na tyle wyrazisty i przebojowy, że trudno mi o nim zapomnieć, nawet kilka dni po seansie. Obraz balansuje między artystyczną refleksją a emocjonalnym rollercoasterem, co czyni go dziełem wielowarstwowym, zdolnym poruszyć zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie. I chyba w tym tkwi jego największa siła – prowokuje do dyskusji, a to czyni go jedną z najbardziej kontrowersyjnych i zarazem intrygujących premier tego sezonu.
Fabuła koncentruje się na postaci Romy Mathis (Nicole Kidman) zajmującej stanowisko wpływowej dyrektor generalnej nowojorskiej firmy technologicznej. Jej perfekcyjnie uporządkowane życie zawodowe zaczyna się komplikować, gdy angażuje się w romans z młodszym stażystą, Samuelem (Harris Dickinson). Narracja opiera się na ukazaniu napięcia w ich relacji wynikającego z różnic wieku, pozycji zawodowej i osobistych motywacji, eksplorując tematy dominacji, uległości i szeroko pojętej władzy.
BABYGIRL to opowieść o kobiecie, która w wyniku systemowych oczekiwań zmuszona jest prowadzić życie, które nie jest w pełni zgodne z jej osobistymi pragnieniami. Produkcja porusza tematy wstydu, narzuconych norm społecznych oraz tłumienia indywidualnych potrzeb. W jednej ze scen bohaterka wprost mówi, że od zawsze była inna, a to wyznanie stanowi esencję krytyki społecznych ograniczeń dotyczących seksualności. Film odważnie pokazuje, jak kobiety – i prawdopodobnie również mężczyźni – ukrywają swoje pragnienia i fantazje w obawie przed oceną. Jest tu kilka scen, których oglądanie może być równie niekomfortowe, co wyzwalające.
Obraz jest promowany jako thriller erotyczny, ale moim zdaniem znacznie bliżej mu do dramatu psychologicznego. Reijn w interesujący sposób wciąga swych bohaterów w grę, w której granice władzy i pożądania okazują się być niezwykle płynne (i wcale nie mam na myśli mleka 😉 kto wie, ten wie!). Jednym z najmocniejszych aspektów filmu jest sposób, w jaki podejmuje on tematykę władzy w kontekście relacji osobistych i zawodowych. Siła i kontrola mogą być nie tylko źródłem spełnienia, ale również przyczyną destrukcji. I choć kampania promocyjna filmu koncentruje się na wątku wyzwolenia i zwróceniu uwagę na wzajemną komunikację w związku w zakresie wzajemnych potrzeb, zaskakująco rzadko wspomina się o tym, że zachowanie Romy przedstawione w filmie jest autodestrukcyjne.
Kidman znakomicie oddaje dramat kobiety, która przez całe życie kontrolowała każdy aspekt swojej codzienności, by w pewnym momencie odważyć się na osobiste ryzyko. Po raz kolejny wciela się jednak w tę samą rolę bogatej, uprzywilejowanej kobiety, a to sprawia, że ta rola nie robi na mnie aż tak dużego wrażenia. Moją uwagę zwrócił natomiast charyzmatyczny Harris Dickinson, któremu film z pewnością przyniesie jeszcze większą i w pełni zasłużoną sławę. To bardzo ironiczne, że w roli zdradzanego męża obsadzono dawnego bożyszcza kobiecych serc, Antonio Banderasa. To rola, którą trudno jednoznacznie ocenić – aktor wychodzi poza swoje emploi, co zasługuje na pochwałę, wielka szkoda tylko, że momentami jego gra aktorska ociera się o karykaturę.
Największą słabością BABYGIRL zdaje się być miałki scenariusz, który nie pogłębia wszystkich istotnych wątków. Postać Samuela, choć intrygująca, mogłaby zyskać większą głębię psychologiczną, co pomogłoby lepiej zrozumieć jego motywacje i decyzje. Niektóre dialogi, zwłaszcza te w drugiej połowie filmu, sprawiają wrażenie nieco sztucznych, co osłabia budowane napięcie. Osobiście zabrakło mi też większego skupienia na tematyce BDSM, co w kontekście fabuły mogłoby dodać historii jeszcze większej złożoności i pikanterii.
Oprawa wizualna filmu stoi na wysokim poziomie. W zdjęciach dominują minimalizm i surowość – chłodne, nowoczesne wnętrza kontrastują z dusznymi, pełnymi napięcia scenami intymnymi, co tworzy sugestywną metaforę emocjonalnych zmagań bohaterki. Wydarzenia przedstawione na ekranie idealnie dopełnia też oryginalna ścieżka dźwiękowa – ten soundtrack już zapisał się w historii popkultury, podobnie zresztą jak scena tańca Harrisa Dickinsona do utworu „Father Figure” George’a Michaela, która już stała się viralem.
BABYGIRL nie jest żadnym arcydziełem, ale jest produkcją, którą bez wątpienia warto obejrzeć. A do wizyty w kinie raczej nie muszę Was zachęcać – dystrybutor (M2 FILMS) z dumą ogłosił dziś, że film przyciągnął już do kin ponad 72 tys. widzów, a wynik weekendu otwarcia (ponad 48 tys. widzów) to najlepsze w historii otwarcie filmu studia A24 w polskich kinach. Ode mnie 6/10.


