CZERWONE MAKI, reż. Krzysztof Łukaszewicz, 2024

Filmowy kwiecień prezentuje się niezwykle ubogo pod względem polskich premier, z tego też powodu recenzowane dziś „Czerwone maki” mają szansę przyciągnąć dużą liczbę fanów polskiego kina. Po udanej, ale jednak mocno kameralnej „Karbali” można było się spodziewać, że reżyserujący obraz Łukaszewicz poradzi sobie także z tematem dużo bardziej widowiskowym. Jak wyszło?
Film przedstawia historię bitwy o Monte Cassino. Poznajemy ją z perspektywy Jędrka (Przygoda), młodego chłopaka, który po ucieczce z radzieckiego łagru, zdecydował się dołączyć do armii Andersa (Żurawski). W towarzystwie korespondenta wojennego (Lichota) chłopak pozna prawdziwy smak wojny, co wpłynie na jego wielką przemianę.
„Czerwone maki” budzą we mnie ambiwalentne uczucia – nie żałuję czasu poświęconego na seans, ale też nie jest to epickie kino wojenne, na jakie liczyłem. To film ważny i potrzebny, losy Jędrka poruszają, a ukazany horror wojny zmusza widzów do zadania sobie jednego, wciąż powtarzanego przez historyków pytania: czy było warto? Za dużo jednak w tym wszystkim patosu, heroizm nie koresponduje z dramaturgią, nie pomaga też wyjątkowo nieangażujący wątek romantyczny. Ewidentnie zabrakło budżetu, co przejawia się w kiepskim CGI (naprawdę można było sobie darować tego sztucznego niedźwiedzia), nieudanych scenach batalistycznych i ogólnym realizacyjnym chaosie, dodatkowo podkreślonym przez rozedrganą kamerę.
Na ekranie pojawia się plejada gwiazd polskiego aktorstwa (m.in. Topa, Warszawski, Banasiuk), jednakże większość z nich wciela się w role drugoplanowe lub epizodyczne, z tego też powodu trudno się z nimi utożsamiać, jeszcze trudniej im kibicować czy współczuć. Na uwagę zasługują role Lichoty i Żurawskiego, choć nie da się ukryć, że ten film należy do Nikolasa Przygody, wielu młodych aktorów może jedynie marzyć o pierwszoplanowej roli w podobnej produkcji, Przygoda dostał tę szansę i jej nie zmarnował (to naprawdę udana rola!), oby był to początek wielkiej aktorskiej kariery, czego z całego serca życzę.
Podsumowując: nie ma tragedii, ale liczyłem na znacznie więcej. Na polskiego „Szeregowca Ryana” musimy jeszcze poczekać.
Wpis został opublikowany na Instagramie (@filmplaneta) w dniu 7 kwietnia 2024.


