DŁUGI, WRZEŚNIOWY WEEKEND (LABOR DAY), reż. Jason Reitman, 2013

Raz na jakiś czas oddaję głos czytelnikom i na fanpage’u bloga pytam ich, jaką recenzję chcieliby przeczytać. Tym razem zestawiłem ze sobą trzy bardzo interesujące tytuły (Długi, wrześniowy weekend, Ocalony, Droga do zapomnienia) i czytelnicy mieli nie lada problem z podjęciem decyzji. Ostatecznie padło na Długi, wrześniowy weekend, chociaż obiecuję, że w następnej kolejności zrecenzuję również dwa pozostałe filmy (zdecydowanie jest o czym pisać!). O najnowszym filmie Reitmana usłyszałem po raz pierwszy przy okazji nominacji Kate Winslet do Złotego Globu w kategorii „Najlepsza aktorka w dramacie”. Co prawda Kate nie udało się zdobyć tej nagrody (Cate Blanchett była przecież bezbłędna i niepokonana), ale przecież już sama nominacja świadczy o tym, że bardzo doceniono jej aktorstwo. I nic w tym dziwnego, bo ta wielka aktorka po raz kolejny pokazuje, że niestraszna jej żadna rola. A Długi, wrześniowy weekend bezapelacyjnie zasługuje na to, aby pisać i mówić o nim jak najwięcej.

Samotna i pogrążona w depresji Adele (Kate Winslet) wraz z synem Henrym (Gattlin Griffith) oferują pomoc rannemu mężczyźnie, Frankowi (Josh Brolin). Kiedy chwilę później dowiadują się, że w mieście trwają poszukiwania zbiegłego skazańca, Adele i Henry uświadamiają sobie, kim jest ich pasażer i w jak niebezpiecznej sytuacji się znaleźli. Jeden wrześniowy weekend zmieni życie tej trójki na zawsze.

Znany z takich hitów jak Juno czy W chmurach Jason Reitman wraca na duże ekrany z filmem, który nie jest ani trochę gorszy od tych dwóch wspomnianych. W Długim, wrześniowym weekendzie przedstawia on historie trzech bardzo skrzywdzonych przez los osób. Mamy opuszczoną przez męża, samotnie wychowującą syna i zapadającą w coraz głębszą depresję Adele, dla której każde wyjście z domu oznacza ogromny stres. Mamy powoli wchodzącego w okres dojrzewania Henry’ego, syna Adele, który desperacko pragnie ratunku dla swej matki i który bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje męskiego wzorca. I wreszcie mamy Franka, poszukiwanego przez policję skazańca, którego historia okazuje się być jeszcze bardziej skomplikowana, niż może się początkowo wydawać. Cała ta trójka znajduje się w letargu i aby ruszyć ze swym życiem dalej potrzebuje drugiego człowieka. Każde z nich z osobna najzwyczajniej w świecie pragnie bliskości i poczucia, że jest na tym świecie ktoś, dla kogo warto żyć.

Reitman wykazał się wielką intuicją decydując się na zaangażowanie do filmu Wisnlet, Brolina i Griffitha. Kate bezbłędnie wciela się w rolę nieporadnej, rozemocjonowanej i roztargnionej Adele, która nie potrafi zapanować nad ciągłym drżeniem swych rąk. Brolin to twardziel z krwi i kości, a nastoletni Griffith znakomicie sprawdził się aż w trzech rolach: bacznego obserwatora, dorastającego chłopca i narratora wszystkich wydarzeń. Mnie najbardziej zainteresował właśnie wątek tego chłopca. Reitman wyraźnie zaintonował, jak duże znaczenie dla rozwoju psychoseksualnego chłopca ma wychowanie u boku mężczyzny. Henry nie chce ojca na weekendy, on chce go na stałe. Najlepiej widać to w szczegółowych opisach robót wykonywanych przez niego wraz z Frankiem. W Długim, wrześniowym weekendzie można znaleźć wiele absolutnie wyjątkowych scen, choć na największą uwagę bezapelacyjnie zasługuje mocno erotyczna scena przygotowywania ciasta brzoskwiniowego. Erotyka bez nagości? A widzicie, jednak można.

Pod względem technicznym produkcja Reitmana to prawdziwy majstersztyk. Te wszystkie skąpane w słońcu kadry pozwalają widzom na własnej skórze odczuć gorący i senny klimat upalnego wrześniowego weekendu. Ten klimat znajduje całkowite odzwierciedlenie na twarzach wszystkich aktorów, choć trzeba przyznać, że w ukazywaniu ciągłego zmęczenia nikt nie może się równać z mistrzowską Winslet. Reitman nie spieszy się z odsłanianiem kolejnych kart i właśnie dzięki temu osiąga zamierzony efekt – poczucie przez widza senności, mozolności, czasem nawet znużenia. A wszystko po to, aby w drugiej połowie filmu przyprawić nas o kilka mocniejszych uderzeń serca. Przed samym finałem tempo wzrasta i czuć napięcie. A sam finał wzrusza, porusza i pozwala w pełni zrozumieć sens i przekaz tego obrazu.

Długi, wrześniowy weekend to póki co jeden z najlepszych filmów obejrzamych przeze mnie w 2014 roku. Mogę się przyczepić do niewiarygodności kilku scen i tylko z tego względu daję „jedynie” 8/10. I oczywiście bardzo mocno polecam.