WILK Z WALL STREET (THE WOLF OF WALL STREET), reż. Martin Scorsese, 2013

Zdradzić Wam sekret? Jeśli chcecie zobaczyć mnie w transie, zapytajcie mnie, co sądzę o kinie takich reżyserów jak Christopher Nolan i Martin Scorsese. Ostrzegam, że będę nawijał jak kataryna przez co najmniej kilkanaście minut. Bo naprawdę jest o czym! To właśnie dla takich twórców warto chodzić do kina, ekscytować się nim, poświęcać mu swój cenny czas. Wilka z Wall Street można oglądać w polskich kinach już od kilku tygodni, ale ja chyba celowo odkładałem seans na później. Zaobserwowałem u siebie pewną prawidłowość – im bardziej czekam na film, tym większy problem mam z udaniem się na niego do kina, kiedy już jest taka możliwość. Odkładam przyjemność w czasie? A może piekielnie boję się rozczarowania? Sam nie wiem. Jedno jest pewne: jeśli reżyserem filmu jest jeden z dwóch wymienionych wyżej panów, naprawdę nie ma się czego obawiać. W związku z tym w poniższej recenzji nie przeczytacie raczej niczego nowego na temat Wilka z Wall Street – to naprawdę fenomenalne kino. I cieszę się, że pierwszy raz od dawna będę mógł skupić się wyłącznie na plusach filmu. Minusów bowiem nie ma.

Martin Scorsese przedstawia na dużym ekranie historię niejakiego Jordana Belforta (Leonardo DiCaprio). Był on złotym dzieckiem świata amerykańskich finansów. Szybki i oszałamiający sukces przyniósł mu fortunę, władzę i poczucie bezkarności. Pokusy czaiły się wszędzie, a Belfort lubił im ulegać i robił to w wielkim stylu. Najpiękniejsze kobiety, najdroższe jachty, najbardziej wyszukane narkotyki. A w ślad za tym wszystkim nieuniknione błędy i pragnienie jeszcze większego bogactwa. Korupcja, naginanie prawa i malwersacje podatkowe – w tym także Belfort okazał się mistrzem. Wilk z Wall Street to zrealizowana z rozmachem i poczuciem humoru, urzekająca blichtrem, a jednak gorzka opowieść o człowieku, który zawsze chciał więcej, a dostał to na co zasłużył (źródło: Filmweb.pl).

Wspominałem już, że kocham kino Scorsese? 😉 Chłopcy z ferajny i Kasyno to klasyka kina gangsterskiego, Przylądek strachu to jeden z moich ulubionych thrillerów, podobnie jak Infiltracja to najlepszy w swoim gatunku kryminał. Według mnie najlepszym filmem pana Martina jest jednak Wyspa tajemnic  – najlepszy mind-fuck movie, jaki dotychczas powstał. Martin Scorsese, 71-letni pan o miłej aparycji, to jeden z najwszechstronniej utalentowanych reżyserów świata. W swym dorobku ma już kino biograficzne (fenomenalny Aviator), ale od teraz to właśnie Wilk z Wall Street zacznie służyć za najlepszy przykład na to, iż Scorsese umie świetnie opowiadać o losach ludzi. Tym razem skupia się on na motywie pieniędzy, które żądzą światem. I choć morał z jego najnowszego filmu jest podobny do morału wynikającego z American Hustle (tzn. że trzeba kombinować i oszukiwać, żeby się dorobić), to jednak film Russella nie dorasta mu do pięt. Panie Russell, proponuję zapisać się na jakieś warsztaty do Scorsese, on Pana nauczy, jak kręcić dobre filmy!

Główny bohater, Jordan Belfort, to najlepszy przykład na to, że w życiu wcale nie trzeba mieć układów, żeby osiągnąć sukces. Wystarczy odrobina sprytu i odpowiednie nastawienie. Tylko skąd wziąć to dobre nastawienie i to w momencie, kiedy po sromotnej klęsce wydaje się, że już nic nie da się zrobić? Rozwiązanie wydaje się być proste – wystarczy tona koki, setki striptizerek/prostytutek, które pomogą rozładować napięcie oraz dziesiątki odpowiednich specyfików farmaceutycznych. Te ostatnie nie tylko pomogą się uspokoić, ale też zmotywują do dalszego działania. Recepta na sukces? Owszem, ale tymczasowy. Bo przecież, jak mówi ojciec głównego bohatera, „(…) każdy w końcu musi wypić nawarzone przez siebie piwo”. Belfort wciela swoje szalone pomysły w życie i tym samym stwarza firmę, która powinna zwać się „Królestwem rozpusty”. Stosunkowo szybko zmienia też całe swoje życie, łącznie z wymianą partnerki na lepszy model. Tak bardzo zatraca się w swym sukcesie, iż zupełnie nie dostrzega, że z każdym dniem pożąda coraz więcej… Więcej pieniędzy, więcej koki, więcej dziwek, więcej ekstremalnych przeżyć. A jak powszechnie wiadomo, z takiego stanu już tylko od krok do przepaści…

W Wilku z Wall Street absolutnie wszystko zasługuje na uwagę. Już nie mogę się doczekać wydania DVD filmu, gdyż mam ochotę obejrzeć ten film jeszcze co najmniej kilka razy. Scorsese zabiera widzów w kolorowy świat orgiastycznych imprez, które mogą zagwarantować niesamowite doznania. Nie ucieka przy tym od humoru, ale też, co najważniejsze, nie popada w żadną skrajność czy przesadę. Reżyser doskonale wie, że dobra impreza jest nierozerwalnie związana z ogromnym kacem. Właśnie dlatego Wilk z Wall Street nie jest typową komedią kryminalną, ale raczej komediodramatem z prawdziwego zdarzenia. Na pierwszym planie bryluje ulubieniec reżysera – zjawiskowy Leonardo DiCaprio, który rolą w tym filmie może w końcu utrzeć nosa wszystkim tym, którzy jeszcze wątpią w jego talent. Na zmianę wciela się on w role przedsiębiorczego cwaniaczka, charyzmatycznego oratora/przywódcę tłumu, oraz ćpuna, który nie panuje już nawet nad swymi odruchami. To bezapelacyjnie najlepsza rola w jego karierze. Jeśli Leo nie dostanie Oscara, to chyba obrażę się na Akademię na dłużej niż zwykle. Warto docenić też świetne role Jonaha Hilla, Matthew McConaugheya (wielka szkoda, że zagrał w tak niewielu scenach) oraz ponętnej Margot Robbie, w której dostrzegłem wielki aktorski potencjał.

Jak śpiewa Maryla Rodowicz, „(…) to co nas podnieca, to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa”. Piosenka zupełnie nie pasuje do filmu Scorsese, ale jej tekst mógłby posłużyć za hasło plakatowe. Ode mnie film zyskuje wysoką ocenę 9/10 (nie daję dyszki, bo choć wszystko „gra i buczy”, to jednak nie jest to arcydzieło na miarę Wyspy tajemnic). Kto jeszcze nie widział, niech  w te pędy ruszy do kina.