NIMFOMANKA, CZ. I (NYMPHOMANIAC), reż. Lars von Trier, 2014
Chociaż Steve McQueen nie ma na swoim koncie jeszcze wielu filmów, wszyscy zainteresowani branżą filmową doskonale znają jego nazwisko. Zadebiutował w 2008 roku jako reżyser i scenarzysta głośnego Głodu – dramatu przedstawiającego tzw. „protest czystości” irlandzkich więźniów. Trzy lata później mieliśmy okazję oglądać Wstyd – niezwykle intymny obraz ukazujący codzienne życie seksoholika. Główną rolę w obu filmach odgrywał Michael Fassbender, aktor zdolny do poświęceń (do roli w Głodzie przeszedł na bardzo drastyczną dietę), o wielu twarzach, niebywale przekonujący we wszystkich dotychczasowych filmowych wcieleniach. Kiedy McQueen rozpoczął pracę nad swym nowym filmem, nikt nie miał wątpliwości, że i tym razem w jednej z głównych ról obsadzi Fassbendera. Jestem właśnie po seansie filmu Zniewolony. 12 Years a Slave i jedyne co mogę rzec, to że znów im się udało! Ten niesamowity duet aktorsko-reżyserski po raz ko Na najnowszy film Larsa von Triera czekali wszyscy. W końcu ciężko znaleźć drugiego takiego reżysera (no, może poza Dolanem) – Trier podchodzi do produkcji kompleksowo i właśnie dlatego wszystkie jego filmy są uznawane za dzieła kompletne, w których obraz i dźwięk składają się na jedną całość. W obrazach tego twórcy fabuła znajduje się na drugim planie. Czy nie tak było właśnie w przypadku kontrowersyjnego Antychrysta czy sentymentalnej Melancholii? Najnowszym dziełem Triera ekscytowano się już właściwie od samego początku – wciąż spekulowano, kto wcieli się w pierwszoplanowe role i na ile pozwoli sobie sam reżyser, który przecież słynie z ogromnej niezależności i buntowniczego usposobienia. Podjęty przez niego temat nimfomanii natychmiast zasugerował wszystkim, że tym razem Trier nakręci film erotyczny z prawdziwego zdarzenia. Ci, którzy wybiorą się do kina właśnie z tego względu, poczują się jednak bardzo zawiedzeni, bo Nimfomance bardzo daleko do filmu porno (przynajmniej w części I), a na ekranie nie ma niczego, czego reżyser dotychczas by nie pokazał. Nuda? W żadnym wypadku, dla fanów twórczości Triera seans Nimfomanki może się okazać bardzo ekscytujący.
Film przedstawia nam losy niejakiej Joe (Charlotte Gainsbourg), tytułowej nimfomanki. Na wpół przytomna zostaje ona odnaleziona przez starego kawalera o imieniu Seligman (Stellan Skarsgard). Podczas gdy on opatruje jej rany i pomaga jej dojść do siebie, Joe streszcza mu pogmatwaną historię swojego życia.
Prawda, że u Triera nawet deszcz pada w artystyczny sposób? Przydługawa sekwencja scen otwierająca film od razu zasugeruje uważnemu widzowi, że ma do czynienia z filmem prawdziwego artysty. Tutaj ma znaczenie każdy pojedynczy dźwięk, każde spojrzenie i wreszcie każde słowo, które może być rozumiane we wszelaki sposób. Film jest podzielony na rozdziały, z których każdy mógłby na dobrą sprawę stanowić temat na oddzielny film. To pewnie z tego względu reżyser zdecydował się na podzielenie filmu na pół (2 część Nimfomanki wejdzie do polskich kin 31 stycznia), choć przyznaję, że sam uznaję to za jedną z wad filmu. I część jest bowiem samym wprowadzeniem, zawiązaniem fabuły i kiedy seans zostaje przerwany w momencie, w którym widz jest przygotowany na to, co najlepsze, czuć pewien niedosyt, a może nawet i złość. Jedno jest pewne – kto zobaczy I część filmu, z pewnością wróci do kina za jakiś czas, żeby obejrzeć dalszy ciąg tej intrygującej historii. I może lepiej nie myśleć o tym jako o sprytnej strategii marketingowej, choć bez wątpienia to także ma jakieś znaczenie (w końcu co 2 bilety, to nie 1, prawda?).
O czym opowiada Nimfomanka? Niekoniecznie o samym seksie, który choć zdaje się być motywem przewodnim, to jednak pozostaje raczej w tle. To film o zagubionej życiowo kobiecie, która desperacko pragnie coś czuć. Niektórzy oddają się uzależnieniom, aby przestać myśleć i czuć – nałóg przynosi im spokój i ukojenie. W przypadku Joe jest nieco inaczej – ona oddaje się uzależnieniu od seksu, bo pragnie właśnie coś w swym życiu poczuć. Oczywiście w swych działaniach posuwa się do wielu kontrowersyjnych zachowań i tym samym krzywdzi innych ludzi. Opowiadając swą historię jest już świadoma swych złych uczynków, a wręcz potępia samą siebie. Wprowadzając postać Seligmana reżyser zmusza nie tylko swą główną bohaterkę, ale i wszystkich widzów do jednego prostego pytania – czy Joe na pewno powinna się wstydzić swych zachowań i za nie pokutować? W końcu zło (w przeróżnych postaciach) istnieje na naszym świecie od zawsze. Od takich rozważań już tylko krok do ulubionych porównań Triera, tzn. odniesień do świata metafizyki, sztuki, muzyki, a nawet znaczenia liczb. Dialogi Joe i Seligmana w idealny sposób odzwierciedlają wnętrze samego Triera, prawdziwego filmowego poety i malarza.
Spośród 5 przedstawionych w I części rozdziałów największe wrażenie robi ten III – Pani H, z genialną rolą Umy Thurman. To chyba najbardziej emocjonalna część filmu, choć o pozostałych rozdziałach także nie można napisać niczego złego. I rozdział to sentymentalna podróż do czasów dzieciństwa, spacerów z ojcem oraz odkrywania seksualności. W następnych częściach zaczynają się pojawiać istotne dla rozwoju dalszej akcji postaci (w tym rewelacyjny Shia LaBeouf w roli cynicznego Jerome), a Trier w kolejnych ujęciach przypomina o swych poprzednich filmach. Bo czy oglądając sceny z pociągu nie przychodził Wam na myśl film Idioci, a ociekająca naturalizmem scena ze szpitala nie nawiązywała do Antychrysta? Bez wątpienia I część filmu nie jest tak kontrowersyjna, jak przewidywano. Oczywiście niektórych widzów (zwłaszcza tych, którzy będą mieć do czynienia z Trierem po raz pierwszy) część scen może zgorszyć, choć warto zadać sobie wówczas pytanie – dlaczego? Przecież nikt z nas nie jest idealny i zdecydowanie bardziej przypominamy ludzi z filmów Triera niż tych, których możemy oglądać w reklamach, na okładkach kolorowych magazynów czy w teledyskach MTV. Podobnie jest z całym życiem, w tym także z seksem i nagością…
Bardzo polecam Wam 1 część Nimfomanki. Jeśli chcecie obejrzeć niebanalna historię, w dodatku świetnie zmontowaną i zagraną, ruszajcie do kin. Ode mnie bardzo mocne 8/10. Za seans dziękuję portalowi Gildia.pl (Gildia Filmu) oraz sieci kin Cinema City.
lejny powala na kolana i sprawia, że człowiek jeszcze na długo po seansie nie może zapomnieć o tym, co widział na ekranie. Ani trochę nie dziwi mnie wygrana Złotego Globu dla Zniewolonego jako Najlepszego filmu i coś czuję, że niedługo na koncie tego filmu znajdzie się jeszcze bardziej prestiżowa nagroda…
Film jest ekranizacją wstrząsających wspomnień Salomona Northupa. To wydarzyło się naprawdę. Jest rok 1841. Na północy Stanów Zjednoczonych już od lat czarnoskórzy obywatele cieszą się wolnością. Jednak w stanach południowych wciąż panuje niewolnictwo. Mieszkający w Waszyngtonie Salomon Northup (Chiwetel Ejiofor) – czarnoskóry wolny i wykształcony człowiek, ojciec dwojga dzieci, szczęśliwy mąż i szanowany obywatel – zostaje podstępem porwany i sprzedany handlarzom niewolników. Tak rozpoczyna się trwająca 12 lat dramatyczna i niezwykła odyseja człowieka, który wbrew otaczającej go brutalnej rzeczywistości próbuje przetrwać i nigdy nie stracić nadziei na wolność (źródło: Filmweb.pl).
Mimo, że film miałem okazję obejrzeć już kilka dni temu, dopiero dziś zebrałem się na napisanie recenzji. Musiałem uspokoić myśli, okiełznać towarzyszące po filmie emocje i postarać się spojrzeć na film wyjątkowo profesjonalnie. To naprawdę dobre kino, które bezapelacyjnie zasługuje na najważniejsze nagrody w tej branży. Zniewolony. 12 Years a Slave to kolejny poruszający dramat ukazujący ciężkie losy czarnoskórych. Film nieznośnie ciężki, przeszywający bólem na wskroś, niemal niedający wytchnienia. Osobiście zawsze bardzo chętnie sięgam po filmy o takiej tematyce, gdyż uważam, że o pewnych wydarzeniach z przeszłości (i ogólnie o „starym świecie”) warto pamiętać. A kiedy ma się do czynienia z filmem o takiej tematyce wyreżyserowanym przez samego czarnoskórego, to musi on robić wrażenie. Chapeau bas!
Najnowszy film McQueena określa się jako ostatni z tzw. „trylogii cierpienia”. Kompletnie nie zgadzam się z tworzeniem takiej klasyfikacji, bo wszystkie filmy reżysera traktują o zupełnie różnych tematach i dotyczą przede wszystkim człowieka jako jednostki uwikłanej w problemy lub postawionej przez los w wyjątkowo ciężkiej sytuacji. Główny bohater Zniewolonego próbuje się odnaleźć w nowym świecie bo wie, że tylko dzięki temu może przetrwać. Godzi się na tożsamość Platta – jednego z wielu czarnuchów, taniej i bezwartościowej siły roboczej. I choć z każdym dniem jest mu coraz ciężej, nie poddaje się i wierzy, że w końcu uda mu się odzyskać wolność. Zupełnie inną strategię walki/obrony przyjmuje Patsey (debiutująca Lupita Nyong’o), która ma nadzieję, że dzięki swemu poddaniu i spełnianiu wszystkich życzeń swego pana (Michael Fassbender), w końcu doczeka się lepszego losu. Wyrachowanie i zimna kalkulacja? Nic podobnego, to po prostu kolejna ze strategii przetrwania. W końcu nikt nie wie, jak zachowałby się będąc w podobnej sytuacji…
W Zniewolonym niemal wszystko zasługuje na pochwałę (reżyseria, scenariusz, montaż, muzyka Zimmera), jednak to aktorstwo wybija się na pierwszy plan i przesądza o tym, że film ma tak ogromną siłę rażenia. Na największe uznanie zasługują Chiwetel Ejiofor i Michael Fassbender. Ten pierwszy to aktor o najsmutniejszych oczach, jakie dotychczas miałem okazję widzieć na ekranie. Jestem przekonany, że w kolejnych latach będzie o nim głośno i to nie tylko za sprawą wyjątkowo trudnego nazwiska. Do talentu Fassbendera nie muszę chyba nikogo przekonywać. Mnie osobiście jak dotąd najbardziej podobał się we Wstydzie, aczkolwiek jego rola w Zniewolonym jest równie dobra i mam nadzieję, że zostanie nagrodzona przez Akademię. Na uwagę zasługują także Sarah Paulson, Benedict Cumberbatch, Paul Dano, Brad Pitt oraz wspomniana już Lupita Nyong’o.
Mimo, że seans Zniewolonego nie będzie należał do najlżejszych, warto się na niego zdecydować. Jestem przekonany, że po tym filmie każdy nieco dłużej pomyśli, zanim wystrzeli kolejny głupi „kawał o murzynie”. Ode mnie bardzo mocne 9/10.



Ja trochę się bałam po trailerach, że zbuduje jakąś dziwną opowieść, bez ładu i składu i nie byłam bardzo chętna do pójścia do kina. Wybrałam się po recenzji Nimfomanki na Mediariver gdzie dostała bardzo dobrą ocenę. Ale piersza długa sekwencja ujęć była zachwycająca. Dobre zdjęcia, film dobry dla tych którzy lubią pomyśleć. Czekam na drugą część!