TYLKO BÓG WYBACZA (ONLY GOD FORGIVES), Nicolas Winding Refn, 2013

Tak, przyznaję się. Recenzję najnowszego filmu Refna odkładałem w czasie od naprawdę dawna. Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego, muszę Was zapoznać z samym początkiem tej historii. Otóż kiedy po raz pierwszy zobaczyłem trailer Tylko Bóg wybacza, zakochałem się w nim. Potrafiłem go oglądać całymi dniami, nawet kilka razy pod rząd i tak aż do dnia polskiej premiery. Doskonale pamiętam, że szedłem do kina z wypiekami na twarzy. No bo przecież jeden z moich ulubionych aktorów, Ryan Gosling! No bo Refn, który stworzył genialną trylogię Pusher i fanatycznie wręcz przeze mnie ukochanego Drive! No i TA muzyka, która przenosiła mnie w inne miejsce niż mój niewielki pokój. Po 90 minutach okazało się, że jest jeszcze gorzej niż było. Bo po seansie miałem w głowie jedną wielką pustkę, a stan ten utrzymuje się do dnia dzisiejszego i w jego rozwiązaniu nie pomogły nawet setki przeczytanych recenzji, zarówno tych bardziej jak i mniej ambitnych. Skoro jednak domagacie się mojego komentarza w sprawie tego głośnego filmu, otrzymacie go. Aczkolwiek już na wstępie zaznaczam, że to będzie wyjątkowo subiektywna recenzja.

Julian (Ryan Gosling) w Bangkoku jest właścicielem klubu, w którym prowadzi nie do końca legalne interesy. Kiedy jego brat Billy zostaje zamordowany, życie Juliana radykalnie się zmienia. Ich matka (Kristin Scott Thomas) oczekuje, że młodszy syn odnajdzie zabójców brata i go pomści. Mężczyzna – mimo oporów i wątpliwości – postanawia dotrzeć do człowieka, który prawdopodobnie stoi za śmiercią Billy’ego. Wie tylko, że w ciemnych zaułkach miasta nazywają go Aniołem Zemsty… (źródło: Filmweb.pl).

Czytając powyższy skrót fabularny, można odnieść wrażenie, że Tylko Bóg wybacza to kolejny dramat z elementami kina akcji. Nic bardziej mylnego, gdyż niewprawieni widzowie mogą mieć ogromne problemy z odnalezieniem się w sytuacji ekranowej i „ogarnięciem” tego wszystkiego. Dlaczego? Bo tutaj rzeczywistość miesza się z wizjami, halucynacjami, a może nawet i snami lub marzeniami. Główny bohater niejednokrotnie znajduje się w kilku miejscach na raz, a wierzcie mi, z pewnością nie posiada on zdolności teleportacji. Ci, którzy znają Refna tylko z genialnego i bardzo popularnego Drive, będą bardzo zawiedzeni. Nie zbyt szczęśliwe będą też co wrażliwsze dziewczyny, których faceci zabrali do kina, żeby wreszcie napatrzyły się na tego gogusia Goslinga i przestały o nim w końcu nawijać (no chyba, że panowie zrobili to dla siebie, bo z tak obitą buźką już chyba nigdy tego aktora nie zobaczą). Tylko Bóg wybacza emanuje krwią i to w wyjątkowo brutalny sposób. Sceny tortur z finałowych scen nawet na mojej twarzy wymusiły grymas obrzydzenia. I uwierzcie mi, nie mają one żadnego porównania do czysto tarantinowskich masakr, do których już przecież wszyscy przywykliśmy i które nawet na swój sposób pokochaliśmy. Cóż, Refn wywinął wszystkim figla. Tylko czy aby na pewno? Przyznaję, że spodziewałem się zupełnie innego obrazu, ale pretensje mogę mieć chyba wyłącznie do samego siebie.

Każdy widzi w Tylko Bóg wybacza inną historię. Archetypy, symbole, odniesienia. Uwierzcie mi, ja naprawdę przeczytałem chyba wszystkie możliwe recenzje tego filmu i muszę przyznać, że niektóre nawet nieźle mnie ubawiły. Co ja zobaczyłem w tym filmie? Historię, która powstała w umyśle Refna, do którego (stety niestety) ma dostęp tylko on sam. I tylko on od początku do końca ją rozumie. Rzeczywiście, można powiedzieć, że jest to film o mężczyznach i dla mężczyzn. Właśnie o męstwie. Ale o męstwie współczesnym, bo główny bohater nie biega napędzony testosteronem i nie zabija wszystkich, którzy staną mu na drodze tak, jak mieli to w zwyczaju panowie z filmów z poprzedniej epoki. Julian zatrzymuje się, zbiera myśli, kontempluje. I co szalenie ważne, jest zależny od swej matki, z którą łączą go tajemnicze i niezidentyfikowane relacje. Refn w oryginalny sposób pokazuje, jak zmienia się męstwo i wartości. Z drugiej strony można powiedzieć, że obrazuje on zmiany w świecie kobiet – w końcu postać Kristin Scott Thomas jest jedną z najciekawszych postaci matek ostatnich lat! Tylko czy Refn właśnie to chciał nam pokazać? Może chodziło mu jednak o zobrazowanie brutalności i ludzkiego zła w ich pierwotnych i najobrzydliwszych formach? A może jeszcze o coś innego…

Pod względem technicznym film jest artystycznym cackiem i kupuję go całym sobą. Oglądając kolejne sceny czułem się oczarowany, zahipnotyzowany. Wszystko to dzięki czerwonym jaskrawym barwom, fenomenalnie klimatycznej muzyce i poczuciu zatrzymania w czasie. Bohaterowie filmu mówią bowiem wyjątkowo mało, a znacznie więcej można wyczytać z ich spojrzeń. O dziwo, w przypadku Goslinga zaczyna stawać się to już męczące. Momentami czułem się przez niego emocjonalnie zgwałcony. Z drugiej strony można przyznać, że Refn zgwałcił też samego Goslinga, gdyż to jego ciało i facjata stały się zwierciadłem wszystkich myśli i emocji reżysera. Ryan powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że tajemnicą sukcesu aktora jest umiejętność powstrzymania uczucia mrugania. Trzeba mu przyznać, że opanował ją do perfekcji i pewnie właśnie dlatego większość scen bazuje właśnie na nim, milczącym i patrzącym w jeden punkt. Czy to jednak on rzeczywiście jest tutaj największą gwiazdą? Chyba nie, bo wszyscy krytycy i  widzowie zgodnie przyznali, że to postać matki zasługuje na największą uwagę. Tylko Bóg wybacza oddziałuje na wszystkie zmysły, pochłania się go całym sobą i to jest bez wątpienia największa zaleta tego filmu.

Czy pomogłem Wam w ocenie tego filmu? Wiem, że nie. Sam dałem mu na Filmwebie 6/10, ale nie wiem, czy to właściwa ocena. Jedno jest pewne – Refn stworzył film, który pobudził do dyskusji absolutnie wszystkich. I chwała mu za to, bo przecież to co piszemy i mówimy definiuje nasze własne „jestestwo”. I właśnie z tego powodu, z pokory dla tego reżysera, nie napiszę, że film wydaje mi się być grubo przeintelektualizowany… Obejrzyjcie, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Obowiązkowo.