INTRUZ (THE HOST), reż. Andrew Niccol, 2013

Kompletnie nie rozumiem motywów swego postępowania, gdyż ostatnio niemal wciąż samowolnie skazuję się na kino, które już od pierwszych minut jest mi kompletnie obce. Tak jest też w przypadku Intruza. Dotychczas, na samą wiadomość, że mam mieć do czynienia z science fiction, uciekałem gdzie pieprz rośnie. Naprawdę nic nie mogę na to poradzić, ale najzwyczajniej w świecie nie cierpię historii o robotach, kosmitach i obcych. Może moja wyobraźnia tego nie ogarnia? A może taka tematyka wydaje mi się po prostu zbyt infantylna, nieżyciowa? Nie wiem. Na seans Intruza zdecydowałem się przede wszystkim ze względu „bycia na czasie”. Przeczytałem kilka recenzji i były ona na tyle różne, że sam postanowiłem sprawdzić, jak sprawy się mają. No i już wiem. Niestety, tak jak przewidywałem, było fatalnie. I tu naprawdę nie chodzi o to, że jestem uprzedzony do s-f…

Akcja ma miejsce w nieokreślonej przyszłości. Ziemię zamieszkują obce istoty – Dusze. Mają one łagodne usposobienie, z natury są dobre i nie chcą czynić zła. Chcą jednak żyć, w związku z czym przejmują ciała ludzi i powoli opanowują coraz większe terytoria. Ostatni mieszkańcy Ziemi ukrywają się przed poszukującymi ich Tropicielami, a kiedy już dochodzi do starcia, wolą popełnić samobójstwo niż oddać swe ciała obcym. W filmie poznajemy historię niejakiej Melanie (Saoirse Ronan), której ciało zostaje przejęte przez żyjącą już jakieś 1000 lat przybyszkę z obcej planety, Wagabundę (tak, wiem, to imię to kompletna porażka). Mel nie poddaje się jednak i „psychicznie” nie chce oddać kontroli nad swym ciałem. Wagabunda próbuje walczyć z Melanie, ale jej się to nie udaje. Kiedy poznaje jej wspomnienia z przeszłości, między znajdującymi się w tym samym ciele dziewczętami rodzi się nić porozumienia. Zawierają sojusz i postanawiają odnaleźć ukrywającego się ukochanego Melanie. A ich tropem podąża demoniczna Tropicielka (Diane Kruger).

Opis fabuły odpycha, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, film jest adaptacją pierwszej części nowej trylogii Stephenie Meyer. Książki nie czytałem i na pewno nie przeczytam. I to nie dlatego, że filozofia Meyer jest mi nie po drodze, najzwyczajniej w świecie film mnie zniechęcił. Oczywiście trudno uniknąć w tym przypadku porównań do słynnego Zmierzchu. Znowu mamy do czynienia z rozdartą wewnętrznie nastolatką, po raz kolejny pojawia się też trójkąt (czworokąt?) miłosny i cały dramat z nim związany. I o ile Saga Zmierzch okazała się ostatecznie wielkim gniotem (dwóch ostatnich części do dziś nie obejrzałem), to jego pierwsza kinowa część była stosunkowo przystępna dla widza, który wcześniej nie miał do czynienia z prozą Meyer. Intruz mnie nie porwał, nie zainteresował i na pewno nie sprawił, że z niecierpliwością czekam na jego kolejne części. Bo, niestety, przed nami jeszcze dwie… Doczytałem się, że w USA jest to wielki bestseller, ale osobiście nie wróże mu takiego sukcesu, jak miało to miejsce w przypadku Zmierzchu. Ekranizacja mogła zwiększyć popularność powieści, jednak moim zdaniem w ostatecznym rozrachunku zadziała ona na jej niekorzyść. I z pewnością, choć autorka pewnie skrycie o tym marzyła, nie powstaną fankluby Jareda i Iana (tak jak miało to miejsce z Edwardem i Jacobem ze Zmierzchu).

Co jeszcze o samym filmie? No nudny był, nie będę nikogo czarował. Osobiście śmieszą mnie rozważania egzystencjalne w takiej formie. Choć nieco podobne tematycznie Igrzyska śmierci i Nie opuszczaj mnie bardzo mnie zainteresowały, a nawet mogę przyznać, iż oczarowały, w przypadku Intruza jest zupełnie na odwrót, bo właściwie nic mi tutaj do siebie nie pasuje. Skontrastowanie ultranowoczesnych budynków Tropicieli z ciemnym wnętrzem Jaskiń, w których ukrywają się ludzie raczej nikogo nie zainteresuje. W ogóle forma ukazania Tropicieli (ach, ta nieskazitelna biel ich garniturów!) była raczej kiepskim pomysłem, bo na przestrzeni ostatnich lat jest to po prostu archaizm. Ukazanie ich pracy w porażających swą materialnością budynkach nieco kojarzyło mi się z filmami Cronenberga, który tez lubi emanować na ekranie taką zimną surowością. No i właśnie nie wiem, jak do tego wszystkiego mają się sceny romantycznych pocałunków w deszczu, trzymania się za ręce i podniosłych rozmów o egzystencjalizmie. To nie ta bajka.

Aktorzy też mnie drażnili. O ile dotychczas tolerowałem cierpiętniczą twarz Saoirse Ronan w Pokucie, Nostalgii anioła czy w Niepokonanych, tak tutaj nie mogłem na nią patrzeć. Bez wątpienia nie udźwignęła ciężaru głównej bohaterki (bohaterek?) i uważam, że jej zaangażowanie do roli Melanie było wielkim błędem. Jej filmowi partnerzy (Jake Abel, Max Irons) okazali się z kolei okrutnie miałcy. Zero charyzmy! Nie mogę się przyczepić jedynie do jak zawsze pięknej Diane Kruger, chociaż szczerze powiedziawszy, mogła ona sobie darować rolę w tym filmie. Na uwagę może zasługiwać jedynie muzyka, która pasowała do rozpraw nad kwestią życia i śmierci Dusz o wyglądzie białych włochatych pajączków. Nie chce mi się już nawet rozważać nad kwestią przetłumaczenia tytułu. Przecież przetłumaczenie oryginalnego tytułu The Host na Gospodarza znacznie lepiej oddawałoby sens całego filmu. Kompletnie nie rozumiem zasad, jakimi kierują się tłumacze tytułów. I boję się, czym następnym razem mnie zaskoczą.

Nie podobało mi się. To jeden z tych filmów, o których na pewno szybko zapomnę, bo właściwie nic mnie w nim nie zainteresowało. No ale kto wie, może fani twórczości Meyer będą zachwyceni? Ja nie polecam.