Oscarowa ruletka 2013

Już w najbliższą niedzielę (24 lutego) po raz 85. zostaną przyznane najważniejsze nagrody przemysłu filmowego – Oscary. Gala zapowiada się naprawdę fascynująco, gdyż część ceremonii zostanie poświęcona musicalom z ostatnich dziesięciu lat. Oznacza to, że na scenie zobaczymy znakomitych śpiewających aktorów, m.in. Anne Hathaway, Hugha Jackmana oraz Jennifer Hudson. Brawurowo zapowiada się też występ Adele, która ma pojawić się w sekwencji poświęconej Bondowi i która podobno już teraz jest niezwykle stremowana. Oprócz Adele (nominowanej za superprzebój Skyfall w kategorii „Najlepsza piosenka”) na gali pojawią się również Barbra Streisand oraz Norah Jones. Wszystkie te występy z pewnością będą skutecznie podgrzewać atmosferę. I bez nich 85. gala przyznania Oscarów byłaby jednak wyjątkowa, a to dlatego, że tegoroczne nominowane filmy są absolutnie niepowtarzalne i każdy z nich zasługuje na osobną nagrodę. Równie gorąco prezentują się pozostałe nagrody, w tym przede wszystkim dla najlepszego aktora i aktorki. I choć co roku miałem swoich faworytów, w tym roku mam naprawdę ogromny problem, aby wybrać TEGO jedynego i TĘ jedyną. Zapowiada się noc pełna ogromnych emocji. Swoją pierwszą notkę chciałbym poświęcić właśnie dziewiątce nominowanych filmów. Liczę, że moje króciutkie recenzje (a właściwie to chyba mini-reklamy) przekonają Was do ich obejrzenia (być może ponownego) i 24 lutego zasiądziecie do gali oskarowej równie podekscytowani jak ja.

 

Miłość (Amour), reż. Michael Haneke

Fabuła filmu jest niesłychanie prosta – Georges i Anna są kochającym się małżeństwem z wieloletnim stażem. Żyją każdym dniem oddając się swym nieskomplikowanym pasjom (muzyka, literatura). I oto pewnego dnia wszystko się zmienia – udar Anny zaburza schematyczny porządek codzienności i wystawia na ciężką próbę ich ogromne uczucie. Miłość nie jest filmem pięknym i zachwycającym, tak samo jak Haneke nie jest reżyserem modnym i nowoczesnym. Mnie zawsze poraża lodowaty chłód wyzierający z jego wszystkich filmów. I mimo, że jest to jego znak rozpoznawczy, a wręcz już schemat (przejawiający się motyw komentowania rzeczywistości poprzez milczenie pojawiał się już przecież w Białej wstążce czy w Funny games), wciąż silnie oddziałuje na widza. Sam pomysł przedstawienia starości i umierania w czasach MTV jest co najmniej odważny. A tytułowe uczucie dwójki starców chyba każdego widza ściśnie za gardło. Brawurowa rola Emmanuelle Rivy, która przyniosła jej nominację do Oscara. I szczerze powiedziawszy, wcale się nie zdziwię, jak właśnie ona go zgarnie.

 

Operacja Argo (Argo), reż. Ben Affleck

Wyczytałem ostatnio, że Amerykanie nie lubią Bena Afflecka i chyba jest w tym sporo prawdy, bo brak nominacji za ten film w kategorii „Najlepszy reżyser” jest dla mnie wciąż zagadką nie do rozwiązania. Mamy tu do czynienia z opartą na faktach historią tajnej operacji ratowania sześciu amerykańskich zakładników (Teheran, 1979 r.). Choć pod względem aktorskim film rzeczywiście wypada dosyć blado, to jednak akcja jest oszałamiająca. Bez wątpienia jest to film, który najbardziej z wszystkich nominowanych utrzymuje napięcie. Affleck zdobył już zresztą za niego Złotego Globa w kategorii „Najlepszy film” w tym roku. Czyżby teraz nadszedł czas na Oscara? Jeśli mu się to uda, to zdarzy się coś nietypowego – chyba pierwszy raz w historii wygra film, który nie został nominowany za reżyserię. Ja bardzo kibicuję Operacji Argo i myślę, że istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że to właśnie on zwycięży.

 

Bestie z południowych krain (Beasts of the Southern Wild), reż. Benh Zeitlin

To jeden z tych filmów, którego nominacja kompletnie mnie zaskoczyła i jednocześnie szalenie ucieszyła. Bo czy jest ktoś, kto nie uśmiechnął się w kinie choć raz na widok małej słodkiej Hushpuppy? Film przedstawia nietuzinkową historię kilkuletniej dziewczynki, która musi stawić czoła swej patologicznej sytuacji domowej i powodzi oraz zmierzyć się z tajemniczymi bestiami, które nadchodzą z południa. Historia naprawdę baśniowa i jedyna w swoim rodzaju. Mnie film ten kojarzy się nieco z Życiem Pi, gdyż podobnie jak on porusza kwestie filozofii, religii oraz życia w zgodzie z przyrodą. Nominacja dla dziewięcioletniej Quvenzhane Wllis jako dla najlepszej aktorki to kolejna wielka niespodzianka, choć trzeba przyznać, że bardzo zasłużona. Chyba najlepszym komentarzem do tej krótkiej recenzji będą słowa Hushpuppy z końca filmu: 

„Rozumiem, że jestem jedynie malutką częścią wielkiego, wielkiego wszechświata. I wszystko jest tak, jak powinno być. Kiedy umrę, uczeni z przyszłości dowiedzą się. Będą wiedzieć, że kiedyś, była sobie Hushpuppy… I żyła ze swoim tatusiem w Wannie…”

 

Django (Django Unchained), reż. Quentin Tarantino

Jeden z największych sukcesów kasowych minionego roku, już 10. w rankingu najlepszych filmów świata na filmwebie. Django widzieli już chyba wszyscy, więc w sumie sam nie wiem, co mógłbym o nim jeszcze napisać. Historia dotyczy odbijania żony czarnoskórego niewolnika z rąk bezwzględnego właściciela plantacji Calvina Candie’go. Jak można się spodziewać po Tarantino, mamy do czynienia z niezwykle wciągającą fabułą okraszoną klimatyczną muzyką i hektolitrami sztucznej krwi. Brawurowe role Christophera Waltza i Leonardo DiCaprio. Waltz jest za tę rolę nominowany w kategorii „Najlepszy aktor drugoplanowy”, chociaż moim zdaniem zagrał tak samo jak w Bękartach wojny i nominacja ta bardziej należała się DiCaprio. Film rzeczywiście robi wrażenie, ale według mnie 10. miejsce w ogólnym rankingu to lekka przesada. No nic, pożyjemy zobaczymy, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że Oscar trafi do Tarantino.

 

Nędznicy (Les Miserables), reż. Tom Hooper

Można się spierać o to, czy Russel Crowe potrafi śpiewać i czy był najlepszym wyborem do roli charyzmatycznego Javerta oraz o to, czy Hugh Jackman był wiarygodny jako Jean Valjean, ale jedno jest pewne – Tom Hooper odwalił kawał dobrej roboty! Fabuły chyba nikomu nie muszę przedstawiać – jest to adaptacja słynnej powieści Victora Hugo. Absolutnie wszystkich przyćmiła Anne Hathaway (w roli Fantine), która dała prawdziwy popis swych aktorskich umiejętności. I choć osobiście za nią nie przepadam i uważam ją za ogromnie przereklamowaną, to muszę uczciwie przyznać, że Oscara za drugoplanową rolę żeńską ma już w kieszeni. No chyba, że zagrozi jej równie znakomita Helen Hunt, która w Sesjach pokazała nie tylko piękne nagie ciało pięćdziesięcioletniej kobiety, ale przede wszystkim wielki talent. Ciekawe, ile będzie Oscarów z tych ośmiu nominacji?

 

Życie Pi (Life of Pi), reż. Ang Lee

Mój wielki faworyt i szczerze na to liczę, czarny koń Oscarów 2013. Jest to ekranizacja powieści Yanna Martela. W wielkim skrócie: podczas morskiej podróży do Kanady statek z całą rodziną głównego bohatera (Pi) tonie. Jemu jako jedynemu udaje się przetrwać na łodzi z hieną, orangutanem, zebrą i tygrysem. Efekciarstwo, baśń, bajka – różnie można o nim pisać, jednak żadne z tych stwierdzeń nie oddaje głębi i przesłania filmu. Ten film to znakomita filozoficzna wyprawa skłaniająca do refleksji nad otaczającym nas światem, nad religią i wreszcie nad samym sobą. Gratka dla lubujących się w symbolizmie i niejasnych zakończeniach. Moim zdaniem Lee stworzył dzieło, które swym kunsztem znacznie przewyższa jego głośną Tajemnicę w Brokeback Mountain. I mam wielką nadzieję, że zostanie za to nagrodzony.

 

Lincoln, reż. Steven Spielberg

12 nominacji do Oscara i murowany faworyt większości krytyków. Film opowiada o czterech ostatnich miesiącach z życia najsłynniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych – Abrahama Lincolna. Będę szczery do bólu – świetna muzyka, gra aktorka, kostiumy i zdjęcia, ale fabuła naprawdę nie porywa. Film jest bez wątpienia gratką dla prawdziwych kinomanów, na 100 osób w kinie może z 5 po jakichś 20 minutach nie zajęło się ziewaniem. Na wielka uwagę bez wątpienia zasługuje rola Daniela Day-Lewisa, który naprawdę stał się Lincolnem. I to na pewno zostanie docenione. Mam jednak wielką nadzieję, że Akademia nie uzna Lincolna za najlepszy film. I jestem szalenie ciekawy, czy niedługo wchodzący na ekrany polskich kin Wałęsa będzie miał dla Polaków też tak ogromne znaczenie narodowe jak Lincoln dla Amerykanów.

 

Poradnik pozytywnego myślenia (Silver Linings Playbook), reż. David O. Russell

Naprawdę świetny! Główny bohater (w tej roli Bradley Cooper) na skutek różnych okoliczności stracił wszystko, przez co wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Teraz musi wrócić do świata tych normalnych, w czym starają mu się pomóc rodzice, przyjaciele oraz zjawiskowo piękna Tiffany (Jennifer Lawrence). Bardzo zgrabnie opowiedziana historyjka, fenomenalnie zagrana, trochę taka słodko-gorzka, bo nie jest to do końca ani dramat, ani komedia romantyczna. Moim zdaniem zakończenie nieco zepsuło całość, ale to już pozostawiam Waszej opinii. Jestem przekonany (i bardzo na to liczę!), że Jennifer Lawrence dostanie za tę rolę swojego pierwszego Oscara w kategorii „Najlepsza aktorka pierwszoplanowa”. Ma co prawda dwie bardzo groźne przeciwniczki: Jessicę Chastain (Wróg numer jeden) oraz Emmanuelle Riva (Miłość), ale myślę, że Jen wyjdzie z tego pojedynku cało. I z Oscarem w ręku w wieku 22 lat!

 

Wróg numer jeden (Zero dark thirty), reż. Kathryn Bigelow

Film opowiada o polowaniu na Osamę bin Ladena, a wszystko to opowiedziane z perspektywy młodej agentki CIA, Mayi (Jessica Chastain). Nie sposób nie wspomnieć, że film wywołał ogromną aferę niemal na całym świecie z powodu przedstawienia brutalnych scen tortur. Mimo to jest uważany za czarnego konia w kategorii „Najlepszy film”. Nieustannie porównuje się go do poprzedniego hitu Bigelow – The Hurt Locker: W pułapce wojny, czyli zdobywcy Oscara w roku 2010, ale moim zdaniem to jakieś nieporozumienia. Film nie jest zły, ale zbyt długi i jakoś brak w nim akcji. Ja się raczej zawiodłem, bo po tych wszystkich ubranych w wielkie słowa recenzjach i reklamach liczyłem na znacznie więcej. Jedynie Jessica Chastain zasługuje tu na uwagę, ale według mnie i tak przegrywa z Jennifer Lawrence z Poradnika pozytywnego myślenia.

 

Podsumowując, ja mocno kibicuję Życiu Pi. Nie zawiodę się też, jeśli wygra Operacja Argo, Poradnik pozytywnego myślenia lub Bestie z południowych krain. Natomiast mam ogromną nadzieję, że Akademia nie okaże się w swym wyborze pro-amerykańska i nie wytypuje na zwycięzce Wroga numer jeden lub Lincolna. Trochę dziwi mnie brak nominacji w kategorii „Najlepszy film” dla Niemożliwe, ale najwyraźniej w dzisiejszych czasach polityka góruje nad kataklizmami. 85. gala rozdania Oscarów już w najbliższą niedzielę. Zapowiada się arcyciekawie i niezwykle smakowicie!

Zachęcam do dyskusji i wyrażania własnych opinii w komentarzach.