SUNNY DANCER, reż. George Jaques, 2026

Czułem, że będzie dobrze, ale nie sądziłem, że aż tak. Tymczasem wyszła prawdziwa PETARDA!

Fenomenalne, mądre, słodko-gorzkie kino o JEDYNYM TAKIM LECIE. O dorastaniu, pierwszych razach, smakowaniu życia i korzystaniu z niego, póki można. O przyjaźni, zakochiwaniu się, przekraczaniu własnych granic i tych kilku tygodniach, które potrafią znaczyć więcej niż całe miesiące zwyczajnego życia. I o życiu w cieniu raka.

Bo choć mamy do czynienia z komedią (dawno się tak nie uśmiałem!), twórcy nie uciekają od trudnych tematów i potrafią w jednej chwili przejść od śmieszków do scen, które naprawdę ściskają za gardło. Warto podkreślić, że „Sunny Dancer” ani przez moment nie próbuje być smutnym filmem, ale też nie udaje, że wszystko można załatwić uśmiechem i dobrą zabawą. Jest tu ogromna radość życia, ale gdzieś pod nią cały czas czai się świadomość, że nic nie trwa wiecznie…

To film o nastolatkach, ale zdecydowanie nie tylko dla nastolatków. Oglądając kolejne sceny, sam z nostalgią i uśmiechem na twarzy wspominałem swoje młodzieńcze wakacje, przygody i tamtych przyjaciół, u boku których życie wydawało się prostsze i bardziej beztroskie. Co ciekawe, dawno żaden film tak dobrze nie przypomniał mi, że coming-of-age wcale nie musi opowiadać wyłącznie o „dorastaniu”. Może być też o tym jednym momencie w życiu, kiedy wszystko przeżywa się trochę mocniej: przyjaźnie, zauroczenia, wygłupy, strach, smutek i zwykłą radość z tego, że jest się tu i teraz.

Casting? Idealny. Jessica Gunning i James Norton jako wyluzowani rodzice, Neil Patrick Harris jako opiekun kolonii – już dla tej trójki warto iść do kina. Ale film kradnie przede wszystkim TA EKIPA NASTOLATKÓW! Każde z nich ma własny charakter, własną energię i własną historię, a razem tworzą grupę, z którą po prostu chce się spędzać czas. Najchętniej obejrzałbym z nimi cały serial. Albo spędził choć jedno wspólne lato.

To najlepsze coming-of-age, jakie widziałem w tym roku. Do pośmiania i do popłakania. Do przeżycia młodzieńczych wakacji raz jeszcze. 8,5/10.