SPRING BREAKERS, reż. Harmony Korine, 2012

Wow! Tego kompletnie się nie spodziewałem! Wczorajszy przedpremierowy seans Spring Breakers okazał się tym, czego tak bardzo potrzebowałem. Absolutną ucztą dla ciała i ducha. To pierwszy film Harmony’ego Korine’a, z jakim mam do czynienia. Zaraz po seansie przeczytałem kilka ciekawych artykułów dotyczących życia tej barwnej postaci. I dopiero po ich lekturze zrozumiałem w pełni sens widzianych obrazów. Otóż Harmony przeszedł w młodości prawdziwe piekło. Liczne eksperymenty z narkotykami przyjmowanymi w każdej postaci oraz skomplikowane relacje z rodzicami w znaczny sposób ukształtowały jego psychikę. Uważam, że stworzenie Spring Breakers było dla niego pewnego rodzaju wyzwoleniem. I choć bardzo współczuję mu wszystkich złych momentów, równocześnie jestem mu za nie wdzięczny. Bo gdyby nie one, nigdy nie powstałby taki film. Dla prawdziwego kinomana, który potrafi dostrzec satyrę i filmową poetykę wyrazu, oglądanie Spring Breakers jest bowiem iście ekstatycznym przeżyciem.

Fabuła filmu jest prosta jak budowa cepa, bo przecież nie o nią tu chodzi. Cztery spragnione wrażeń studentki (Selena Gomez, Vanessa Hudgens, Ashley Benson, Rachel Korine) planują, jak spędzić wiosenne ferie. A że na ich kontach brak funduszy, decydują się na napad. Od tego momentu w ich życiu wszystko się zmienia. Wyjazd na imprezowe wybrzeże Florydy oznacza bowiem ciąg szalonych i niekończących się imprez. To właśnie na skutek jednej z zabaw poznają ekscentrycznego Aliena (James Franco) – gangstera, który sprawi, że do końca życia nie zapomną tych wakacji…

„Spring break… spring break…” – ten wielokrotnie powtarzany i charakterystycznie ssssyczący w ustach bohaterek zwrot wciąż przewija mi się w głowie po wczorajszym seansie. Pod względem formy Korine stworzył absolutne dzieło. Tak, szalenie ważne jest, aby to podkreślić. W filmie tym nie chodzi bowiem o fabułę, o osobowości, nawet nie chodzi o aktorstwo! Reżyser bawi się samą formą i robi to w najlepszy sposób. Minimalizm i repetytywność słowa, oniryczne sekwencje (te boskie rozmycia, naprzemienne spowalnianie i przyspieszanie, zbliżanie i oddalanie), czuła na każdy ruch kamera, wreszcie ta znakomita gra świateł (kontrastujące ze sobą róż, zieleń, żółć) – wszystkie te elementy sprawiają, że film czuje i odbiera się całym ciałem. Całość dopełnia muzyka, która idealnie odpowiada kolejnym obrazom. Od przebojów Britney Spears poprzez trance i dubstep aż do czarnej muzyki. Spring Breakers to właściwie półtoragodzinny teledysk, który robi niezłą sieczkę z mózgu, przyspiesza bicie serca i niejednego może przyprawić o zadyszkę. I nie chodzi mi tu wcale o setki migających biustów i pośladków… Jeśli chodzi o filmowy artyzm, poetykę i sposób wyrażania emocji, jest to absolutny numer jeden. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się odczuwać równocześnie tylu różnych emocji podczas oglądania jednego filmu. Aczkolwiek, muszę to wyraźnie zaznaczyć, w przeciwieństwie do niektórych recenzentów z filmowych portali, nie czuję się emocjonalnie zgwałcony. Przynajmniej nie po pierwszym seansie.

Spotkałem się z porównaniami filmu do dzieł Xaviera Dolana. I choć rzeczywiście można dostrzec pewne podobieństwa w sposobie wyrażania treści, warto zwrócić uwagę na to, że Dolan równolegle do formy znakomicie prezentuje fabułę. W Spring Breakers nie znajdziecie natomiast historii, która Was porwie. To satyra w absolutnie najlepszym wydaniu! Ironiczny przekaz do przaśnego pokolenia VIVY i MTV. Szyderstwo z pop kulturalnej papki w pełnej krasie! Stąd właśnie tryliard scen prezentujących nagie, roztańczone ciała. Wielka szkoda, że niektórzy nie dostrzegli tego w filmie od razu i zaraz po seansie wystawili mu gorzkie recenzje pisząc np., że ten gniot nie jest warty nawet złotówki. Doskonale rozumiem, że nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem (w końcu co drugi licealista nie zdał w tym roku próbnej matury) i że większość wybiera się do kina wyłącznie w celu otrzymania wciągającej i niebanalnej historii, ale kurczę, zwracajmy też uwagę na to, co jest dookoła. Przecież nie zawsze trzeba brać wszystko na serio! A w przypadku Spring Breakers zabronione jest wręcz traktowanie go „na poważnie”. W końcu nawet same bohaterki nieustannie powtarzają do siebie kwestię: „(…) pomyśl, że to gra komputerowa”. Tutaj nic nie jest na serio. Tak jak w pierwszej lepszej grze.

Napisałem wyżej, że to film, w którym nawet aktorstwo nie jest ważne. Wciąż to podtrzymuję, ale trzeba przyznać, że wcielający się w rolę Aliena James Franco zagrał rolę życia. Właściwie jest on tutaj nie do poznania. Wciela się on w postać wzorowanego na Snoop Doggu gangstera, który prowadzi wyjątkowe życie. Tatuaż dolara na szyi, srebrne zęby i leżące na łóżku tysiące zielonych banknotów mówią o tej postaci absolutnie wszystko. No ok, trzeba dodać jeszcze ten charakterystyczny śmiech i zblazowane „(…) you like it, bitches”. Tyle wystarczy, aby leciały na niego wszystkie dziunie. Fura, skóra i komóra. Dla takiego gangsta słuchające Britney Spears nastolatki są nawet w stanie założyć na swe śliczne buźki różowe kominiarki i rozbić przeciwny gang narkotykowych bossów. Oczywiście nie uciekając od rozlewu krwi (reżyser pokazuje, jak niedaleko od zabawy do przemocy). Franco wymiata i jest nie do podrobienia w tej roli! Dziewczyny też dają radę, ale to dlatego, że grają głupiutkie nastolatki, dla których najważniejsza jest zabawa. Od swych koleżanek znacznie odstaje Selena Gomez. Być może reżyser wybrał ją do tej roli ze względów fabularnych, ale mi po prostu tam nie pasowała. Ciekawe, że w pozostałych rolach zostały obsadzone gwiazdki grzecznych i familijnych filmów Disneya. Jest to notabene kolejny doskonały przykład ironii i satyry. Wracając do motywu Britney Spears, scena z tańcem dziewczyn trzymających strzelby okazała się bezcenna. A doskonale wszystkim znany przebój Everytime nabiera nowego znaczenia…

Nie jestem typem moralizatora i nie będę się czepiał tych, którzy nie zrozumieli filmu. W końcu odbieranie emocji jest dla każdego niezwykle subiektywne i nie można od nikogo wymagać, aby zapałał uczuciem do czegoś, co wydaje mu się być mdłe i byle jakie. I choć jestem przekonany, że większość Polaków właśnie w ten sposób odbierze Spring Breakers, ja pozostaję przy swoim. Bardzo polecam ten hit, choć podkreślam jeszcze raz – nie bierzcie go całkiem na serio 😉